Koniec

Ujrzałem kometę, po niebie leciała
chciałem jej zaśpiewać, ale się schowała
jak łania uciekła w leśne oczerety
a w oczach zostały mi złote monety

I skryłem monety do ziemi pod dębem
gdy znowu przyleci – nas tu już nie będzie
nas tu już nie będzie – los marny człowieka!
Ujrzałem kometę – chciałem jej zaśpiewać…

O wodzie o trawie o lesie
o śmierci, z którą zmierzyć przyjdzie się
miłości i zdradzie i świecie
i wszystkich ludziach co żyli tu na tej planecie…

Jaromír Nohavica, „Kometa”, tłum. Jarosław Gugała

Nadszedł czas powrotu. Ostatni zza oceanu, być może najważniejszy, będący streszczeniem wielu przemyśleń wpis. Od początku miałem pełne przeświadczenie o słuszności podjętej rok przed wyjazdem decyzji. Oczywiście tęskniłem. Za rodziną, przyjaciółmi, uderzeniem majówkowgo szczupaka. Z pewnością nie za stosem gromadzonych uporczywie przez lata „dóbr”, które skończyły w ciemnościach piwnicy. Na moim sposobie myślenia i systemie wartości wykonana została precyzyjna operacja.

„Do domu powinniśmy wracać z dalekich stron, po przeżyciu przygód i pokonaniu niebezpieczeństw, po zrobieniu codziennie nowych odkryć – powinniśmy wracać z nowymi doświadczeniami i właściwościami.”

Henry David Thoreau, „Walden, czyli życie w lesie”

Podróż niemal zawsze jest powrotem do miejsca, z którego wyruszyliśmy (czasem krótszym, czasem dłuższym), przede wszystkim jednak szansą powrotu do własnego „ja”. Problem polega na tym, że od narodzin społeczeństwo bezustannie wpaja nam ten sam chory system wartości. Wpadamy w głębokie koleiny, bezustannie powtarzamy te same schematy, które nie pozwalają nam być prawdziwie szczęśliwymi. Zamiast prostego życia wybieramy pogoń za białym królikiem i dokarmianie żarłocznego ego. Podróż pozwala spojrzeć na wszystko co nas otacza z zupełnie innej perspektywy, nabrać do wszystkiego dystansu. Białe plamy zniknęły z map dawno temu, podróżowanie wygląda dziś zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu. Pomimo równającego wszystko z ziemią walca, jakim jest globalizacja, wciąż jednak możemy odwiedzać miejsca, w których życie ma swój odmienny, unikalny rytm. To właśnie ta odmienność staje się pryzmatem, który pozwala nam spojrzeć na nasze sprawy w zupełnie innym świetle. Podczas gdy niemal pewne jest, że dla świata nic nowego nie odkryjemy, istnieje szansa, że odkryjemy na nowo samych siebie. Nie ma znaczenia ile przywieziemy zdjęć. Do końca życia zostaną z nami zupełnie inne, dla większości zupełnie nieistotne „obrazy”. Rozmowy pozornie bez znaczenia, wspomnienie zapachu po deszczu „po środku niczego”, smak kosztowanego na spokojnie owoca, dźwięk rozwrzeszczanych papug przy zachodzącym Słońcu. Być może zabierzemy ze sobą jakieś przyjaźnie, jednak na weryfikację potrzeba czasu.

Ameryka Południowa to wciąż ogromne masy ludzi „wykluczonych”, zmagających się z zupełnie innymi problemami niż większość z nas. Mamy niesamowite szczęście żyć w świecie, dla którego tak wielkie nierówności są obce. Rodzisz się w jednym miejscu Limy, służba podaje ci posiłki, fryzjer strzyże pieska, rodzice ubierają i zapewniają edukację. Rodzisz się kilka przecznic dalej, o edukacji możesz zapomnieć, na jedzenie i ubrania zarabiasz sam od najmłodszych lat. Powiedzenie „dla chcącego nic trudnego” dla niektórych nie ma najzwyczajniej w świecie racji bytu. W tak zwanym „zachodnim świecie” nie dość, że wielu z nas dostało przywilej spokojnego, dostatniego życia, to może jeszcze podróżować. Często towarzyszą mi wypowiedzi babci, która wspomina jak szybko wszystko zleciało. Rok który minął w mgnieniu oka potwierdza jedynie, jak krótkie jest życie. Z pewnością zbyt krótkie, żeby marnować je w biurze korporacji czy przed telewizorem. Z reklamy wymalowanej farbą na murze jednego z peruwiańskich miasteczek dowiadujemy się, że za dodatkowe 20 soli możemy oglądać telewizję w jakości HD. Czy dodatkowe detale sprawą, że będziemy widzieć więcej? Korzystajmy w pełni świadomie z tego co dostaliśmy od losu, nie zapominając przy tym o sprawach istotnych, nie dając się ogłupiać tanią rozrywką. Kończę fragmentem utworu Mercedes Sosa – „Tylko o to proszę Boga, aby ból nie był dla mnie czymś obojętnym”. Do zobaczenia w Polsce.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

La Paz – ostatnia prosta

20140928_la_paz-118

Tyle myśli przewinęło się przez ostatnie dni, a nie wiem co napisać. Chyba zbliżający się nieuchronnie powrót zabrał wszystkie siły… Z niesamowitego La Paz zostawiam jedynie obrazy…

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Boliwia – jedziemy

20140917_w_drodze_do_la_paz-29

ja: Nie wierzę, znowu wieje prosto w twarz.
sklepikarz: K***a… (chwila przemyśleń i analiz) Około 12-13 będzie wiać w przeciwną stronę.

- poranna rozmowa ze sklepikarzem na wyspie Incahuasi

Jasne. Jedna zasada – albo nie wieje, co zdarza się rzadko, niemal wcale, albo wieje prosto w mordę (przepraszam za słownictwo, ale wystarczą 2 dni gromadzenia przeplatających się warstw kremu i brudu i twarzą ciężko to już nazwać). Zaczęło się źle już w Argentynie. „Wspinanie się” w palącym słońcu, po niemal 2-miesięcznej przerwie, okazało się być kiepskim pomysłem i już po 2 dniach zaliczyłem przymusowe, kilkudniowe leczenie i odpoczynek. Przez kilka kolejnych dni, w zasadzie do Tupiza, jechało się całkiem nieźle. Irytować zacząłem się mniej więcej, kiedy przyszedł czas na Salar de Uyuni.

Pierwszego dnia po wyjeździe z miasta zaplanowałem dotrzeć do Isla Incahuasi (ok. 90 km). Życie w postaci silnego wiatru szybko zweryfikowało moje plany. Piach w oczy (dosłownie i w przenośni). Nie wiem ile dokładnie zajęło mi pokonanie 23 kilometrów do „wjazdu” na największe solnisko świata, wiem tylko, że ledwo żywy, obojętny na wszystko, już prawie zdecydowałem się rozbić namiot za murkiem na tyłach maleńkiego miasteczka. Nie będę przeciągał. Tak wyglądała niemal cała moja trasa przez Boliwię. Wiatr, długie dni w towarzystwie kamieni i piachu zamiast dróg, samotność. Fizycznie i chyba mimo wszystko psychicznie nie byłem na to dobrze przygotowany. Wszystko to nic – wystarczyło wyjść w nocy z namiotu, spojrzeć na bajecznie rozgwieżdżone niebo, by szybko zapomnieć o wszystkich trudach dnia… Było trochę jak z moim wędkowaniem na Wiśle. Im bliżej końca dnia, tym bardziej wyzywa się człowiek od najgorszych po to tylko, by rano wstać i z radością zacząć od nowa.

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. ...
  10. 26