Czar północy

20140529_tafi_del_valle-6

Wielu mężczyzn gromadziło się w domach, gdzie stało wiele koni uwiązanych przed gankiem, ale tam, gdzie jeden tylko koń czekał ukryty w krzakach, jego pan musiał zdjąć ostrogi, by ciszej wejść do domu, gdzie nań czekał cień. Z zainteresowaniem zaobserwowałem, że koń, który niegdyś był najcenniejszym skarbem człowieka Europy, jego machiną wojenną, wehikułem i posłańcem, piedestałem wielkich ludzi, ozdobą posągów i łuków triumfalnych, nadal pozostał bohaterem swej wielkiej historii w Ameryce, bo tylko w Nowym Świecie spełniał jeszcze znakomicie i na tak szeroką skalę swoje wieczne role. Gdyby je oznaczyć białymi plamami na mapie, jak terytoria nieznane jeszcze w średniowieczu, Ziemie Konia zajęłyby czwartą część półkuli, dając świadectwo wspaniałej obecności Podkowy w strefach, gdzie Krzyż Chrystusowy wkroczył na koniu, nie dźwigany z trudem na plecach, lecz dzierżony w dłoni, wysoko uniesiony w górę przez ludzi, których wzięto za centaury.

Alejo Carpentier, „Podróż do źródeł czasu”

Po nieco bezbarwnym, zdecydowanie europejskim południu, nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Miasteczka i wioski północy oczarowują. Nawet te, które położone są przy głównych, łatwo dostępnych, turystycznych szlakach mają w sobie coś magicznego. Warto poświęcić trochę więcej czasu i odwiedzić miejsca chronione brakiem asfaltu i wysokimi przełęczami. Momentami, kiedy wydaje się już, że nie sposób żyć na takim odludziu, tak wysoko, w tak skrajnie niegościnnych warunkach, nagle pojawiają się niewielkie skupiska domostw. Odnosi się wrażenie, że zarówno budynki, jak i ich mieszkańcy wtopieni są w krajobraz. Senne Cachi oraz nękane palącym słońcem, przenikliwym zimnem i huraganowymi wiatrami San Antonio de los Cobres wyglądają, jakby niewiele robiły sobie z upływu czasu. Kolorytu całości dodają gauchos maszerujący z dumą na swych koniach. W jednej z wiosek zagadał nas na oko 80-letni staruszek, który pomimo wieku wciąż ciężko pracuje. Do swoich stad zawsze jeździ konno. Wyrusza wcześnie rano, by dotrzeć na miejsce na drugi dzień po południu.

Przyjemnie jest również w dużych miastach takich jak Salta czy Jujuy. Zdecydowanie zapachniało peruwiańskimi klimatami, za którymi tak się stęskniliśmy. Na ulice wyjechało to, co teoretycznie nie ma prawa już jeździć, bez najmniejszych problemów zjeść można na ulicy, co i rusz ktoś pakuje się z jedzeniem do autobusu. Tłoczno, gwarno, jakoś tak bardziej rdzennie. Wieczorami w lokalach zwanych peñas rozbrzmiewa lokalna muzyka, ludzie jedzą, piją, śpiewają. Honor musimy zwrócić Argentynkom – ocena ich urody przez pryzmat południa okazała się nietrafiona. Równowaga w przyrodzie musi być.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Kierunek północ

20140622_cachi-30

Podróż do Mendozy ostatecznie zamknęła naszą wędrówkę na południe kontynentu. Pod względem logistyki zdecydowanie łatwiej jest w „wąskim” Chile. Albo się jedzie z północy na południe, albo odwrotnie. W przypadku Argentyny tak łatwo już nie jest. Ósme pod względem wielkości państwo na świecie to w dużej mierze mało ciekawe, słabo zaludnione regiony (liczba ludności zbliżona do Polski), które zdecydowanie przyćmiewa strona chilijska. Jak już wspominałem z Río Gallegos udało nam się złapać transport do Mendozy. Po ponad 2600 kilometrach mało urozmaiconej drogi (głównie pampa), nagle na horyzoncie pojawia się ośnieżona precordillera Andów, która jest nieśmiałą (w sumie może bardzo śmiałą) zapowiedzią tego, co Stwórca zgotował na północy. Pokonując przełęcz, przez którą prowadzi droga z Monteros do Cafayate dostajemy delikatny przekrój tego, co ma tutaj do zaoferowanie przyroda. Pnąca się stromo w górę asfaltowa nitka przecina wilgotny las deszczowy, by wypłaszczyć się na wysokości 2000 m n.p.m., gdzie bujna zieleń zastąpiona zostaje przez skąpą roślinność typową dla wyższych partii górskich. Roślinność przerzedza się jeszcze bardziej 1000 metrów wyżej, by przejść ostatecznie w półpustynny krajobraz po drugiej stronie przełęczy. Bogactwo mikroklimatów sprawia, że w okolicach Tafi del Valle uprawia się niemal wszystkie owoce i warzywa. Momentami mieszanka, której doświadczamy wprawia w zakłopotanie. Palmy i gigantyczne kaktusy obok winnic oraz pożółkłych, kojarzących się z polską jesienią drzew, na których siedzą stada rozwrzeszczanych, zielonych papug. Zakłopotanie przechodzi w oszołomienie, ale o tym później.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

20140525_ischigualasto_talampaya-19

Przyznam szczerze, że zmęczyło mnie łapanie stopa i stęskniłem się z jazdą rowerem. Przerobiliśmy chyba wszystkie możliwe opcje transportu – od pickup’ów, poprzez autobusy i tiry, na lodówkach przewożących ryby kończąc. Tym większa była moja radość, kiedy w końcu mogliśmy zacząć się skupiać na pedałowaniu. Nic nie może równać się z powolnym przecinaniem chłodnego, porannego powietrza, przy pięknym wschodzie Słońca, w otoczeniu czerwonej gleby, skał i kaktusów. Bo tak właśnie zaczął wyglądać krajobraz, który z punktu widzenia samochodu wydawał się mało ciekawy.

Parki Ischigualasto (argentyńska Valle de la Luna) oraz Talampaya, jedne z najważniejszych obszrów paleontologicznych Ziemi, stały się jedną z głównych atrakcji północy Argentyny. Pośród sięgających okresu triasu (230 mln lat!) formacji skalnych odnaleziono liczne szczątki dinozaurów oraz mnóstwo roślin kopalnych. Jednym z ciekwszych miejsc Ischigualasto jest Cancha de Bochas, w którym w niewyjaśniony sposób z ziemi wyłaniają się dziwne kule. W parku Talampaya zastanawiające są z kolei petroglify przedstawiające postacie przypominające kosmonautów. The Truth Is Out There.

Teraz będzie o biznesie. W roku 2000 parki wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Można je odwiedzać jedynie z przewodnikiem, czyli znowu zorganizowane grupy… Teraz idziemy tutaj, patrzymy w lewo, teraz w prawo, takie zdjęcie sugeruję, może zrobić państwu zdjęcie razem itd. Jestem zwolennikiem ochrony środowiska i rozumiem, że są miejsca, gdzie potrzeba ludzi, którzy nad wszystkim czuwają. Nietrudno sobie wyobrazić jak ktoś wdrapuje się na skałę i robi sobie fotkę z idiotyczną miną na portal społecznościowy. Takie czasy. Jak ktoś mi jednak mówi, że owszem można pojeździć rowerem, ale tylko jak wypożyczę od niego, to już jestem zły. Finał był taki, że park Ischigualasto oglądaliśmy z perspektywy samochodu małżeństwa w średnim wieku (na koniec odłączyli się i wracali pędem, bo pani musiała wracać na „siku”), a park Talampaya z jeżdżącego na czterech kółkach domu starców. Główną atrakcją dla większości i tak były chipsy i lampka wina…

Zdjęcie tytułowe wpisu powinno pewnie przedstawiać skały, kule mocy, lub coś w tym stylu, jednak postanowiłem nim upamiętnić pewne wydarzenie. Pomiędzy parkami jest dobre 60 km odległości. Późny start i wiatr w twarz (jakżeby inaczej) sprawiły, że do Talampaya dotarliśmy o zmierzchu. Po drodze skały, skąpa roślinność, pod względem fauny niemal martwo. Nagle na tle cudownie pokolorowanego przez zachodzące Słońce nieba pojawiły się rozwrzeszczane papugi. Setki papug! Zaczęły krążyć nad moją głową, wyraźnie zaaferowane dziwnym przybyszem. Latały tak dobre kilka minut. Może się bały, a może chciały po prostu dać upust afirmacji życia, wolności. Może najzwyczajniej w świecie bawiły się samym lotem. Z nadmiaru szczęścia śmiałem się sam do siebie, krzyczałem wniebogłosy. Nie oddałbym tego momentu za żadne tam parki czy inne atrakcje…

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. ...
  10. 23