20140610_buenos_aires-117-2

Mam na swojej liście klika dużych miast, w których zawsze chciałem choć chwilę pomieszkać. Jednym z nich jest Buenos Aires. Początkowo miało być krótkim przystankiem, w sumie wciągnęło mnie na 2 miesiące. Momenty pracy nad filmem przeplatałem nicnierobieniem, jeżdżeniem na rowerze i włóczeniem się z aparatem. Jedno słowo będzie mi się zawsze kojarzyć z tym miastem. Labirynt. Architektoniczny, ludzki, ideologiczny. Po São Paulo w Brazylii to największa metropolia Ameryki Południowej. Pomiędzy piętrzącą się w górę, pomieszaną stylowo architekturą, po wąskich uliczkach przetacza swój żywot ludzkie mrowie w liczbie 15 milionów istnień. Choć podstawą są wpływy europejskie, miasto stanowi doskonały przekrój całej Ameryki Łacińskiej (do tego dochodzi szczypta Azji i Afryki). Nie będę pisał o atrakcjach, jakie Paryż Ameryki Południowej oferuje turystom. Może tylko tyle, że nie zawodzą.

Napiszę za to o kilku bardziej istotnych z mojej perspektywy kwestiach. Ze wszystkich odwiedzonych dotychczas miejsc Buenos Aires było chyba najbardziej kontrastowe. Przeciska się człowiek w gąszczu walczących o lepszy byt emigrantów i walających się na ulicy śmieci, by za kilka przecznic znaleźć się w otoczeniu modnie ubranych, bogatych Argentyńczyków zastanawiających się gdzie zjeść dzisiaj obiad. Bezdomni śpiący niemal pod drzwiami drogich restauracji, villa miseria (tutejsze określenie slumsu) z biurowcami i nowoczesnymi budynkami mieszkalnymi w tle. Podróżnemu, któremu na głównym terminalu Buenos Aires przyszłoby do głowy za dużo myśleć, osiedle nędzy przesłaniają reklamy gwarantujące najniższe ceny i darmowe szczepionki. W wielu miejscach wzniesiono mur zasłaniający niewygodną prawdę. Odniosłem wrażenie, że jedynie przed turystami, bo w bardzo wielu dziedzinach Argentyńczyków cechuje duża świadomość (może po prostu na takich ludzi trafiłem). W rozmowach, w prasie i na murach budynków bardzo często pojawiają się tematy związane z juntą, desaparecidos czy polityką obecnego rządu. Jednym z najważniejszych miejsc stolicy Argentyny jest Plac Majowy – otoczone ważnymi budynkami rządowymi epicentrum życia politycznego kraju. To właśnie tutaj w każdy czwartek zbierają się Matki z Placu Majowego, które nie ustają w poszukiwaniach potomków swoich ‚znikniętych’ dzieci oraz w walce o rozliczenie czasów dyktatury wojskowej. Dzień i noc stacjonują tu walczący o swoje racje kombatanci wojny o Falklandy-Malwiny, niemal każdego dnia organizowane są różne manifestacje. Wysokie, przenośne bramki ułatwiające kontrolę tłumu są stałym elementem wtopionym w krajobraz placu.

Coraz częściej chodzi za mną przekonanie, że ciężko jest poznać dany kraj odwiedzając jedynie atrakcje typowo turystyczne. W końcu jest tak, że to właśnie ludzie są esencją miejsca, a właśnie ci ‚zwykli’, ‚szarzy’, zmagający się z codziennymi problemami wnoszą dużo więcej do naszej podróży. Nie potrafią przywitać nas w 10 językach, nie chcą wydoić naszej kieszeni i często mają do przekazania coś wartościowego. Przy tej okazji słów kilka o bezpieczeństwie. Przed wizytą w Buenos Aires wiele się nasłuchaliśmy o zagrożeniach, jakie będą na nas czyhać. Choć stolica Argentyny była chyba pierwszym miejscem, gdzie zaważyłem żywsze zainteresowanie aparatem, czy rowerem, wciąż uważam, że zachowując podstawowe środki ostrożności, nieprzyjemnych sytuacji możemy uniknąć niemal wszędzie. Jasne, że można dostać w zęby na kolorowej Boca, ale po zmroku i z dala od słynnej Caminito. Na eleganckiej Recoleta trzeba co najwyżej uważać, aby jakaś męska dłoń nie klepnęła cię po tyłku. A jak ktoś dopiero co wyszedł z salonu North Face’a, zahaczając przy okazji o salon Nikona i niepotrzebnie prowokuje swym wyglądem, to prędzej czy później dopadnie go przeznaczenie, bez względu na to gdzie sobie spaceruje.

Słyszałem, że Argentyńczycy nie potrafią tańczyć tango. Niektórzy jednak potrafią, a już z pewnością w Buenos Aires. Taniec można obejrzeć na kilka sposobów. Najłatwiej po prostu zapłacić za tzw. cena show (kolacja z przedstawieniem). Tańczących można również obejrzeć na ulicy, np. na Plaza Dorrego podczas niedzielnego targu staroci i rękodzieła. Udręczone twarze uśmiechających się cały dzień pod publikę tancerzy przywodzą tu jednak na myśl konie pracujące w zaprzęgach nad Morskim Okiem, więc niekoniecznie warto. Warto za to wybrać się do klubu milonga, gdzie ludzie tańczą sami dla siebie. Zarówno teoria jak i praktyka wyklucza mnie z jakiegokolwiek odnoszenia się do samego tańca, mogę jednak powiedzieć, że emocje wymalowane na twarzach tańczących zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

W Buenos Aires przyszło mi oglądać najważniejsze mecze Mundialu. Dużo się mówi o południowoamerykańskiej miłości do piłki. Z mojego punktu widzenia w Argentynie fanatycznie jest jedynie w przypadku piłki klubowej. Po tym co się stało z tym sportem w ciągu ostatnich 20 lat, nie ma się w sumie co dziwić (choć piłka klubowa to dziś również niewiele więcej niż cyfry). Wielka reprezentacyjna mobilizacja była dopiero podczas finału. Część tłumu zwracała swoje nadzieje jeszcze przed meczem, po meczu było jeszcze gorzej. Szybko zrozumiałem, że lepiej będzie usunąć się w cień i nie ryzykować omyłkowego posądzenia o więzy krwi z naszym zachodnim sąsiadem. Następnego dnia słuszność tej decyzji potwierdził stan witryn sklepowych przy głównej alei miasta.

Zostawiam Buenos Aires z całym swym kolorytem i chyba jakąś cząstką siebie. Po raz pierwszy czuję, że udało mi się nasiąknąć Argentyną, tak jak było to wcześniej z Peru czy Chile. Jednocześnie uświadomiłem sobie jak słabo znam swoją ojczyznę. Wracam do domu. Uspokajam – zarówno tych, których to może ucieszyć, jak i tych, którym to nie w smak – przez Boliwię. Do niezbyt rychłego napisania.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

20140701_misiones-4

Mało kto rozumie sytuację, wszyscy oślepli, mają przed oczami tylko kolorowe punkty. Musimy jakoś przeciwstawić się tej piwno-telewizyjnej pseudokulturze, która się tu wytworzyła. Czy nie zastanowiłeś się, dlaczego oni poją nas piwem i karmią tanią masową rozrywką? Jedno i drugie zawiera ten sam podstawowy składnik: ogłupiacz!

Janusz A. Zajdel, „Limes Inferior”

Pierwotnie w prowincji Misiones mieliśmy spędzić większą część czasu, którym dysponował mój brat. Na chwilę przed jego przylotem region zaczęły nękać powodzie i z początkowego planu musieliśmy zrezygnować. Nad zamkniętymi dla ruchu turystycznego wodospadami Iguazú odnotowano nowy rekord przepływu wody (ponad 30-krotnie wyższy niż normalnie!). Finał był taki, że zostało nam kilka dni, które pozwoliły nam przez Misiones jedynie „przemknąć”.

Kiedy wspominałem powieszoną w naszym pokoju mapę Ameryki Południowej, wyobrażałem sobie, że znowu będzie okazja poczuć niepowtarzalny klimat wilgotnego, południowoamerykańskiego lasu, z którym mieliśmy do czynienia w północnym Peru. Mapa zielona i tam, i tutaj. Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy podczas podróży z Salty, pomimo topniejącej odległości, jakoś nie chciała nam się nam ta selva ukazać. Jakoś tak dziwnie, jakby ktoś wszystko dookoła wybrakował. I co tu do cholery robią sosny?! Owszem ludzie się zmienili, ziemia jakaś taka czerwona, nawet zielono trochę, zdecydowanie daleko jednak od obrazów w mojej głowie.

Sosny, o których wspomniałem to nic innego, jak uprawy zorientowane na produkcję celulozy. Szacuje się, że w XX wieku w Argentynie zniknęło 70% rodzimych lasów. Konsekwencją wylesiania, oprócz zubożałej gleby i ginącej fauny, jest migracja rdzennej ludności, która często nie radzi sobie w zderzeniu z miejską dżunglą i kończy w skrajnej biedzie na obrzeżach wielkich ośrodków miejskich. „Zielone płuca” naszej planety pochłania żarłoczny nowotwór. Właśnie z nowotworem kojarzyły mi się zawsze widok rozświetlonych obszarów silnie zurbanizowanych widziany z perspektywy samolotu. Staliśmy się pasożytami, którym chęć zysku oślepiła do tego stopnia, że nie widzimy prostych zależności. Jeśli się nie opamiętamy, pozostaną dwie drogi – śmierć żywiciela (a co za tym idzie śmierć pasożyta), bądź samoleczenie (bo każdy żywy organizm, a takim jest Ziemia, ten niesamowity dar posiada), które polegać będzie na zlikwidowaniu źródła „choroby”, z jaką zmaga się nasza planeta. Obie możliwości są dla nas mało optymistyczne. Miejsca, w których było dotychczas zielono, szybko pokrywają się m.in. monokulturowymi uprawami genetycznie modyfikowanych roślin. Mydlą nam oczy walką z głodem na świecie, podczas gdy chodzi jedynie o zysk. Zresztą nie muszą się jakoś specjalnie wysilać, bo każdy i tak zajęty jest lajkowaniem idiotycznych postów swoich wirtualnych znajomych, z którymi ostatni raz chciało mu się spotkać w cztery oczy, zanim wymyślono Internet.

Później, już w Buenos Aires, poznałem dziewczynę, dla której lasy prowincji Misiones były w dzieciństwie „placem zabaw”‚. Niech podsumowaniem obecnej sytuacji będzie fakt, że płacze zawsze, kiedy widzi do jakiego stanu doprowadzono ziemię, na której dorastała.

Zyski z turystyki na szczęście stoją jeszcze w niektórych miejscach na straży zielni. W otoczeniu chronionych prawem lasów, u zbiegu granic Argentyny i Brazylii podziwiać można jeden z najpiękniejszych pomników przyrody – wodospad Iguazú. Wody rzeki Iguaçu, na krótko przed zasileniem rzeki Parana, spadają z hukiem kilkadziesiąt metrów w dół. Ogromna ilość progów i skalnych wysepek dzieli wodospad na wiele mniejszych kaskad. Całość ma niemal 3 kilometry szerokości. Warto być na miejscu tuż przed otwarciem – im później tym tłoczniej.

W drodze powrotnej do Buenos Aires odwiedzamy jeszcze ruiny misji San Ignacio Miní. Choć z bogato zdobionych budynków pozostało stosunkowo niewiele, w połączeniu z intensywną zielenią i czerwienią ziemi wciąż stanowią klimatyczną mieszankę. Prowadzone przez Jezuitów w XVII i XVIII wieku tzw. reducciónes były z ważniejszych zjawisk w regionie. Głównym celem redukcji misyjnych było nawracanie społeczności indiańskich na „jedyną słuszną wiarę”. Trzeba jednak przyznać, że oprócz tego miejsca te dawały schronienie przed niewolnictwem oraz przyzwoite warunki do życia. Następstwem przejścia części ziem z rąk Hiszpańskich pod panowanie Portugalii była likwidacja misji, niejednokrotnie z użyciem siły. To tak w dużym skrócie. Historię redukcji misyjnej, która powstała na terytorium Indian Guarani, obejrzeć można w znakomitym filmie z Robertem De Niro w roli głównej i genialną muzyką Ennio Morricone („Misja”, 1986 r.).

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Argentyńskie dziwy

20140602_quebrada_de_las_conchas-11

Są takie miejsca na Ziemi, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie przebywał za dużo na słońcu i wzrok nie płata mu figla. Do miejsc takich należą z pewnością argentyńskie quebradas. O tym jak niezwykłe i unikatowe to miejsca może świadczyć fakt, że nie znajdziemy ani polskiego, ani angielskiego odpowiednika dla określenia tych niezwykłych formacji (odpowiedniki owszem istnieją, ale w językach takich jak aymara czy runa simi). Odkąd jazda rowerem stała się przyjemnością samą w sobie, przestałem się nastawiać na to, że Bóg wie co zobaczę. Tym większe było osłupienie w zderzeniu z bogactwem kształtów jakimi działanie wody, wiatru i promieni słonecznych naznaczyło tutaj krajobraz.

W wyniku skomplikowanych procesów geologicznych, paleta i intensywność kolorów daleko odbiega od tego, z czym człowiek styka się na co dzień. Do filmowania używam filtra przyciemniającego, który często przekłamuje kolory. Przez lenistwo nie zdejmuję go podczas robienia zdjęć i muszę później dodatkowo korygować balans bieli. Powiem szczerze, że momentami nie wiedziałem, jak się do tego zabrać.

Świetna trasa na rower. Droga jak w mordę strzelił przecina bajkowy krajobraz. To za co w parkach Ischigualasto i Talampaya trzeba słono płacić (w dodatku nie można w spokoju oka nacieszyć), tutaj dostajemy zupełnie za darmo, bez żadnych limitów.

Zdjęcia sprzed 3 miesięcy (Quebrada de las Conchas, Quebrada de Humahuaca, Quebrada de Las Flechas). Właśnie wylądowałem tutaj po raz trzeci i jest to chyba dobry moment na nadrobienie zaległości.

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. ...
  10. 25