Yurimaguas raz jeszcze

Podróż do pewnego momentu przebiega bardzo spokojnie. Rozmawiam z przewodnikiem, który od 35 lat zapuszcza się do selwy. Okazuje się, że często turyści pytają czy będą mieli okazję zabić jakieś zwierzę (?!). Zawsze odmawia. Czasem z własnej inicjatywy odkupuje zwierzęta od miejscowych i zwraca im wolność. Z sentymentem na twarzy wspomina ogromne paiche łowione razem z ojcem w czasach dzieciństwa. Zdradza swoje sposoby na sen w dżungli i ochronę przed wężami. Podczas, gdy my rozmawiamy, z pokładu statku co chwila lecą do wody plastikowe butelki. Prawie całą kondygnację (są 2 piętra sypialne) zajmują uczniowie w wieku około 15-16 lat. Są strasznie głośno i wyraźnie za nic mają sobie ochronę środowiska. Po zmroku drą mordy (tutaj padła cenzura) przez kilka godzin, rano zaczynają jeszcze przed świtem. Okazuje się, że najgłośniejsi są ich opiekunowie. Cóż, z kim przystajesz…

Po strajku nie ma już śladu. Chyba miałem rację co do rozłamu poglądów w jego kwestii, bo co pewien czas widać na ścianach wymalowane sprayem „nie dla strajku”. Nie będę się rozwodził na temat odzyskiwania pieniędzy. Wszystko potoczyło się tak jak przewidywaliśmy, przyszło nam spędzić w Yurimaguas kilka dni. Przepychanki, zwalanie winy itd. Winston w pewnym momencie przychodzi z prawnikiem – hieną o oczach łasicy, który z prędkością TGV wykrzykuje tak absurdalne argumenty, że z trudem powstrzymuję śmiech. Mam nadzieję, że chociaż w tym wypadku głośniej nie znaczy lepiej, i że nasze działania w przyszłości uchronią przed tymi ludźmi innych podróżujących.

Słów kilka o samym mieście. Jest coś bardzo dziwnego i nieprzyjemnego w tym miejscu. W powietrzu unosi się niewypowiedziana groźba zmarnowanego życia. Widać to nawet po wszędobylskich psach, które w ogóle nie merdają ogonami. Rzucam jednemu kawałek mięsa z obiadu. Zjada w pośpiechu, po czym odruchowo zrywa się i kuli ogon pod siebie, kiedy ktoś przechodzi. Wyraźnie spodziewa się kary. Jakiś niewidzialny, okropny robak toczy wszystko dookoła. W Lagunas odległym o 12 godzin podróży rzeką ludzie są pogodni i uśmiechnięci. Na tutejszych twarzach nie widać radości. Nawet nasz nasz tonący w hałasie pokój, po którym ochoczo wałęsają się prusaki zdaje się potwierdzać moje spostrzeżenia. Nie wiem czy wszystko to uroiłem sobie przez pryzmat tego co nas spotkało? Chyba nie, bo w końcu zostawiłem za sobą negatywne emocje. Tak czy inaczej nareszcie odpływamy. Nie ma tego złego… Jak pisał Marquez:

„Być może Bóg chciał, abyś poznał wielu złych ludzi, zanim poznasz tego dobrego, żebyś mógł go rozpoznać, kiedy on się w końcu pojawi.”

Kierunek Lagunas. Żegnamy się na dłużej. Po raz trzeci a do trzech razy sztuka jak mawiają.

No i stało się

Chyba naszym największym problemem jest to, że zawsze staramy się być uprzejmi i mili. Żeby nikogo nie urazić, nigdy z góry nie odmawiamy. Od dziś koniec z taką postawą. Nie będę owijał w bawełnę, że jest kolorowo i cacy. Daliśmy się po frajersku naciąć i przyszło nam się poświęcać w celu odzyskania pieniędzy. Na miejscu okazuje się, że Manuel Rojas, który ma być naszym przewodnikiem, nie pracuje już dla agencji, z którą podróżowaliśmy 2 lata temu. Nikt nie odbiera nas w porcie i wiemy już ze coś jest nie tak. Wcześnie rano znajduje delikwenta, który jest delikatnie mówiąc lekko wczorajszy. Mówi mi żebym się nie przejmował, że wszystko jest ok. Jednak cytując polskie tłumaczenie jednego z filmów Tarantino „jest bardzo kurwa daleko od ok” (przepraszam za słownictwo, jak już wspominałem koniec z postawą „nie urazić nikogo”). Człowiek nie ma pozwolenia na wstęp do rezerwatu, o czym mówi nam jego żona, z którą jest w separacji (to ona prowadzi teraz agencje), i cały czas są z nim problemy. Szkoda dobry chłopak był i mało pił, niestety się pogubił. Popełniliśmy błąd płacąc pośrednikowi, który dał nam dobrą cenę. Pierwszego dnia jest jeszcze nadzieja, że coś uda się wskórać. Manuel znika, Winston (pośrednik) jest daleko stąd, więc nie mam specjalnego dylematu z wizytą u lokalnych stróżów prawa. Spędzam kilka godzin na komisariacie, gdzie 4 policjantów w pocie czoła uwija się by coś ustalić. Komisariat to niewielka chatka, 2 komputery i cztery biurka. Z tym akurat w Polsce dużo lepiej nie jest… Raczej nie mają tutaj dużo do roboty. Nasza sprawa otrzymuje nr 26. Nie wiem czy to numeracja miesięczna czy roczna. Obstawiam, że opcja nr 2. Na posterunku zjawiam się jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem jest okazja, żeby trochę pogadać. Policjanci w wieku dwudziestu paru lat maja już żony i dzieci. Najstarszy, mający największe poważanie pracuje od 34 lat. Nawet przy nim rozmowy maja luźny charakter. Jeden z funkcjonariuszy bez przerwy gra w Mahjonga, drugi ogląda pirackie filmy, które chwile temu przyniósł mu inny. Pytają o to jak się żyje u nas, ile się zarabia, ile Playstation kosztuje, czy piłkę nożna lubię. Polaco? Aaaa Lewandowski! Kiedy zostaję sam z jednym z szefów, zaczyna mi się zwierzać ze swoich sekretów rodzinnych. Ma 42 lata, 3 kobiety za sobą (tylko z jedną się ożenił), 3 dzieci, obecnie z 22-letnia dziewczyną. „Najważniejsze to mieć w życiu spokój i wolność”. Nie mógł znieść, że mu baba w komórce grzebie, wyrzuty o inne kobiety robi. Teraz ma to czego chciał. Kiedy chce, idzie pobalować, a i kiedy jego kobieta na 3 dni znika, nie ma nic przeciwko. Pyta czy to prawda, ze w Europie kobiety są zimne.

Wracamy do sedna sprawy. Drugiego dnia ogarnia mnie straszny gniew. Od rana krążę szukając Manuela. Znalazłem się w najwspanialszym miejscu na naszej dotychczasowej drodze, jednak w żaden sposób nie udaje mi się zapanować nad negatywnymi emocjami. Nawet medytacja nie pomaga. Roześmiane dzieciaki w szkolnych mundurkach zmierzają do szkoły, w koło mnóstwo uśmiechniętych ludzi, brak jakichkolwiek reklam, a ja chodzę struty myśląc tylko o tym, co złego mogłoby się przytrafić Manuelowi i jego wspólnikowi. Nawet nie chce mi się dotykać aparatu. Wieczorem nadciąga tropikalna burza. W momencie robi się ciemno i zaczyna lać jak z cebra. Kiedy w pamiętniku notuje: „Czy może być gorzej?”, w budynek hostelu uderza piorun. Przebrała się miarka. Część kasy udało się już odzyskać, jednak postanawiamy wrócić do Yurimaguas – jak odpuścimy kolejni turyści padną ofiara tej szajki. Nikomu nie życzę, żeby pakował się do selwy (w dodatku poza rezerwatem) z człowiekiem, który ma problemy z alkoholem.

Podróż do Lagunas

Nareszcie w drodze. Jak się okazało potem, były to tylko dobre złego początki, ale o tym za chwilę. Podelektujmy się najpierw tymi kojący chwilami na statku. W porcie tragarze uwijają się jak mrówki ładując w pełnym słońcu worki z kukurydzą. Niezwykle silni to ludzie. Pomimo niepozornej budowy każdy z nich przez kilka godzin taszczy na plecach 2 ogromne wory. Ze statku obok wynoszą olbrzymie bloki drzewa. Podróż trwa 12h i kosztuje 30 soli (w tym posiłek). Odpływamy. Hamaki są chyba najwygodniejszym „meblem” jaki można sobie wymarzyć. Świetne do siedzenia i spania. A i pohuśtać się można, jak ktoś ma takie życzenie. Za burtą szalona zieleń selwy, przez pokład przetacza się przyjemna bryza. Tuż przed zachodem kucharz bębnieniem o blachę oznajmia, że „podano do stołu”. Momentalnie wszyscy zrywają się na równe nogi i ustawiają w kolejce po paszę. Dziś coś w rodzaju naszego krupniku z kawałkiem kurczaka i gotowanego plátano. Mój język pisany nie należy raczej do zbytnio wysublimowanych, a już z pewnością nie jest poetycki. A takiego wymagała by próba opisania tego co czuję jedząc kolację, przy zachodzącym słońcu, delikatnym wietrze muskającym twarz (napisałbym wietrze we włosach, ale byłoby to nieprawdą :)), z nogami kołyszącymi się za burtą. To jeden z TYCH momentów. Nie zdarzają się często, jednak zdarzają i to chyba właśnie dla nich zmagamy się z trudami dnia codziennego. Po zachodzie jest jeszcze czas na lekturę i krótką drzemkę. Do Lagunas docieramy około północy. Za chwilę zacznie się mniej przyjemna część opowieści.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6