Tarapoto – przedsionek zielonej odysei

Dotarliśmy do Tarapoto miasta mototaxis, motocykli i, jak wynika z banerów rozwieszonych w poprzek ulic, roznegliżowanych pań prezentujących swe wdzięki ze scen lokalnych klubów. Z nieba leje się żar. 34°C w cieniu, bezwietrznie. Ciężko usiedzieć w pokoju z włączonym wiatrakiem. Nawet nie wyciągnąłem aparatu. Powoli zmierzamy w stronę rezerwatu Pacaya Samiria, gdzie zamierzamy spędzić 3 tygodnie. Ola odsypia ciężką podróż, ja gubię się w wąskich uliczkach miasta i własnych myślach. W lokalu, w którym jem kolację z telewizora zionie straszliwa papka. Wszyscy wpatrzeni jak w wahadełko hipnotyzera… Żegnam się muzycznie. Dobranoc

rynek w Chiclayo

Peruwiańskie rynki są chyba jednym z najosobliwszych zjawisk tego kraju. Można się tutaj napić, najeść no i oczywiście kupić co tylko dusza zapragnie. Cofam stwierdzenie, że na jednej z ulic handlowych Limy dostać można wszystko. Dopiero tutaj staje się to faktem. Znajdziemy tu produkty wszelakie – od skarpetek i manioku, po żywe zwierzęta, ayahuaskę i kaktusy San Pedro. Uwielbiam klimat tych miejsc. Pomimo tego, że sprzedawcy zarabiają na życie, jakby nie patrzeć rywalizują ze sobą, panuje atmosfera specyficznej wspólnoty. Ludzie dyskutują, śmieją się, dogryzają sobie. Kiedy za drugim razem przychodzę z aparatem, często sami proszą żeby ich fotografować. Po raz pierwszy przełamuję swoją nieśmiałość i pytam o pozwolenie no robienie zdjęć. Tylko jedna osoba odmawia.

Chiclayo

Nocnym autobusem ruszamy do Chiclayo leżącego 13 km od Pacyfiku. Autobus nie był stworzony z myślą o śpiących pasażerach i w rezultacie docieramy mocno wymęczeni. Wita nas podobna pogoda jak w położonej nad oceanem Limie – jest pochmurnie i nie za ciepło. Mimo to postanawiamy odespać noc i zostać jeden dzień dłużej. O samym mieście niewiele mogę powiedzieć. Jest tłoczno i głośno, raczej nie będę tęsknił. Wieczorem jedziemy do nadmorskiego Pimentel. Jest zimno i wietrznie, ni krzty słońca na niebie. Plaża o tej porze roku niemal opustoszała. Połów już się chyba zakończył, jedna pani zabezpiecza kosze pełne krabów. Obok starych wysłużonych łódek postawione na sztorc tradycyjne łódki rybackie Caballitos de Totora. Idealny zestaw do popadnięcia w sentymentalny nastrój.

Kolejny dzień to spotkanie z historią. Z rana odwiedzamy (podobno) jedno z najlepszych peruwiańskich muzeów – Museo Tumbas Reales del Señor de Sipán w Lambayeque. Historia odkrycia kompleksu z grobowcem Pana z Sipán mogłaby posłużyć jako całkiem niezły scenariusz do filmu przygodowego z dzielnym archeologiem w roli głównej. Huaqueros (złodzieje grobów), policja, walka z wymianą ognia. Muzeum robi naprawdę niesamowite wrażenie. Odkrycie grobowców stawiane jest na równi z odkryciem grobowca Tutenchamona. Złodzieje nie zdążyli splądrować tego niezwykle bogatego stanowiska z pochówkami, dzięki czemu w muzeum mógł znaleźć się tak liczny zbiór reliktów z przeszłości.

Po muzeum ruszamy do oddalonego o dalsze 20 km na północ Tucumé, gdzie znajduje się kompleks 26 piramid (ludy Lambayeque, Sican oraz Chimú). Piramidy zbudowane z milionów cegieł adobe przez setki lat ulegały niszczącemu działaniu słońca, deszczu oraz huraganu El Niño, przez co aktualnie można je podziwiać jedynie z punktu obserwacyjnego położonego na pobliskiej górze. Znajdujemy się w półpustynnym otoczeniu i dzisiaj dla odmiany słońce postanowiło sobie poprażyć. Jako, że wcześniej było raczej chłodno, oddałem wszystkie letnie rzeczy do pralni i wybrałem się w bieliźnie termoaktywnej i koszuli. Dlaczego mnie to nie dziwi? W drodze powrotnej roześmiane dzieciaki zaczepiają nas przeciągniętym „helllllo”. Pogodziłem się już, że dla miejscowych zawsze będziemy Amerykanami…

Powrót to istny popis kierowcy minibusa. Panamericana do najmniej uczęszczanych dróg raczej nie należy. Ciężarówka jadąca z naprzeciwka, wyprzedzająca po naszym pasie? Nic takiego – kierowca nawet nie myśli o tym żeby zwalniać. Zamiast tego spycha na pobocze jadące przed nami mototaxi. W terenie zabudowanym, gdzie wydaje się, że igły nie wciśniesz również świetnie daje sobie radę. Polskie wyprzedzanie „na trzeciego” to mały miki przy tym co się tutaj dzieje. Na koniec, idąc już pieszo, trafiamy na skrzyżowanie, na którym trwa zażarta walka o przejazd. Nie ma świateł, kierującego ruchem, każdy centymetr po centymetrze przepycha się do przodu. Z wciśniętym klaksonem rzecz jasna. Chyba czeka ich długa doga do domu.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6