Ryby są jednym z podstawowych składników diety w Amazonii. Do ich połowu używa się tutaj sieci, prymitywnej wędki (kijek z kawałkiem plecionki i haczykiem) oraz trójgłowej lancy. Juan musi się zastanawiać co kieruje tym białasem, który moknąc w deszczu, z uporem maniaka przeczesuje rzekę swoją wędką. Często z mizernym skutkiem. Zacznijmy jednak od sieci. Rozstawia się je wieczorem, ryby wyciąga wcześnie rano. Z około 25-metrowej sieci wyciągamy kilka sumów, dwie huasaco, niewielką carachama oraz największą ze wszystkich chambira. Na śniadanie i obiad pyszne rybki.

Czas na prowizoryczną wędkę. Zakładam kawałek mięsa na haczyk, wsiadam do canoe i ruszam na podbój świata. Dzień wcześniej widziałem, jak jeden z opiekunów parku po godzinie wrócił z kilkoma sztukami piranii. Szybko łowię ładny okaz i już oczami wyobraźni widzę podziw na twarzy Juana, kiedy wracam z obfitym połowem. Problem pojawia się, kiedy trzeba zacząć poważnie myśleć o wiosłowaniu. Co chwila gdzieś mnie znosi, obraca, wyrzuca w krzaki na brzegu. Niezły mieliby ubaw, gdyby to widzieli. Wracam umordowany, wyżęty psychicznie i fizycznie. A taki był ze mnie kozak…

Przygodę ze spiningiem zaczynam tak jak Pat i Mat niejeden z odcinków Sąsiadów, czyli nazwijmy to delikatnie – niewłaściwie. Kiedy łamię wędkę poniżej drugiej przelotki, minę muszę mieć jak dziecko, któremu zabrano lizaka. Na szczęście mam ze sobą specjalny plastik, który po zanurzeniu w gorącej wodzie można dowolnie formować. Robię oplot, usztywniam przygotowaną masą, działa. Nawet trochę mocy przybyło. Szkoda, że również dodatkowe 20 cm po złożeniu…

Wiedzy na temat zwyczajów tutejszych ryb nie mam żadnej. Juan niestety też. Na szczęście pobicia są częste i co jakiś czas udaje się coś złowić. Nieszczęście w szczęściu, że niewiele przynęt opiera się tutejszym zębom. Kiedy zakładam gumowego twisterka w momencie przekonuję się, że czas na coś twardszego (ogonek zostaje zjedzony). Kiedy okazuje się, że większe piranie przegryzają woblera jestem lekko załamany. Zostają różne blachy, jednak na nie ryby nie reagują tak chętnie. Nie zrażam się stratami i co jakiś czas idę „pomachać kijem”. Również sama rzeka, ze swoimi zaczepami jest łapczywa na przynęty, więc łowię raczej zachowawczo.

Juan cały czas zarzeka się, że popłyniemy na rybałkę na jezioro (wszyscy po drodze mówią, że jeśli na ryby to właśnie tam!), jednak im bliżej końca, tym bardziej się wykręca i finalnie dostaję figę z makiem. Pod koniec w akcie buntu i desperacji przerzucam się na haczyk z kawałkiem mięsa. Zestaw chałupniczo obciążam, tak żeby ominąć piranie i dostać się na dno. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy po chwili na końcu melduje się niewielki sumik. W momencie przestaje mi przeszkadzać palące słońce. Oj nałowiłem się tych wąsaczy. Nie są duże (max. 40 cm), jednak pięknie walczą, a jeszcze lepiej smakują. Długo jeszcze będę śnił o tym rybostanie. Szczególnie po powrocie do Polski…

Pacaya-Samiria cz.4 – Drapieżna fauna

Odpalasz Discovery Channel i oglądasz, jak wałęsający się po dżungli ludzie co i rusz natrafiają a to na groźnego pająka, a to na węża. Po gałęziach skaczą małpy, a w odległości kilku metrów przebiega jaguar. Wszystko to farsa. Przyjeżdża ekipa filmowa i albo pracuje przez wiele dni, następnie kompresuje czas podczas montażu, albo „zdobywa” zwierzęta przez miejscową ludność, by później wykorzystać je w programie. Zwierzęta boją się ludzi. Wyczuwają ich obecność z daleka i grzecznie chowają się w gęstwinie. Pomimo tego, że wszystko dookoła kipi od życia, największym niebezpieczeństwem w selwie dla osoby bez doświadczenia jest głód. Bo zwierzątka mają nóżki, skrzydełka i nie są głupie.

Stałym kompanem są jedynie owady. Od ogromnych motyli poczynając, na mikroskopijnych mrówkach kończąc. Przekonujemy się o tym już podczas pierwszej nocy, kiedy dopadają nas chmary komarów. Miejscowi rozróżniają 2 rodzaje: sancuros – te są większe i atakują po zmierzchu oraz mosquitos – mniejsze, czarne, ssące krew w ciągu dnia. Kolejnym utrapieniem są małe muchy/ćmy – tabanos, które również ssą krew. Te są prawdziwą zmorą. Nie czuć kiedy wpijają się w skórę, a do tego chętnie towarzyszą nam na łódce. Takie to małe, niby nieporadne, a nie wiesz kiedy nagle znalazło się na nodze i ochoczo wysysa z ciebie soki. Dzieła zniszczenia dopełniają tabanos grandes, takie nasze rodzime końskie muchy tyle, że dużo większe. Te oprócz ludzi kąsają również zwierzęta i przenoszą różne choroby. Po pierwszej nocy na kolanach i szyi mam po kilkadziesiąt ugryzień. Często bywa tak, że jeszcze przed zmrokiem chowamy się do naszego „domku”, i dopiero tam jemy kolację…

Czas na przyjemniejsze żyjątka. Płynąc kanoe oglądamy przede wszystkim różne gatunki ptaków. Papugi, papużki, kanarki, hałaśliwe paukaras, zimorodkowate martines pescadores, dzięcioły, czaple, piękne orły – to właśnie władcy dnia. Co pewien czas po drzewach przemyka stado małp. Czerwone wyjce, czarne tamaryny i malutkie saimiria. Szkoda, że sprzętowo nie jestem przygotowany na zdjęcia z takiej odległości. Choć może to i lepiej, bo aparat spokojnie leży w torbie a ja w canoe. W lesie trafiamy na trop choro – największych tutejszych małp, niestety nie udaje się ich zobaczyć. Z wystających z wody pni do wody nurkują wygrzewające się w słońcu ogromne żółwie, czasem przemknie nutria bądź wilk rzeczny. Podczas marszu w lesie napotykamy głównie owady – motyle, pająki, mrówki. Udaje mi się dostrzec czarnego skorpiona. Duma jest tym większa, że nawet Juan jest zdziwiony, że go „upolowałem”.

Podczas innego marszu idący przed nami przewodnik niemal nadepnął śpiącego węża, nazywanego tutaj hergon (żararaka, Bothrops atrox). W momencie następuje atak i ucieczka gada. Gada i przewodnika, który z panicznym strachem wymalowanym na twarzy odskakuje i robi gwałtowny zwrot w naszą stronę. Węże się tutaj zabija, czasami organizuje się krucjaty w celu oczyszczenia okolicy. Kiedy wracamy Fernando długim kijem wywabia węża spod drzewa, ten skacze i wpełza na badyl, co powoduje szybki „tył zwrot” zakończony lądowaniem przewodnika na ziemi. Całość obserwujemy z bezpiecznej odległości, jednak skłamałbym, że nie odczuwam strachu. Serce wali mi jak młot, z jednej strony strach doradza ucieczkę, z drugiej nieodparta chęć obejrzenia finału tej walki każe zostać. W końcu za naszą namową Fernando odpuszcza. Mieliśmy sporo „szczęścia”, że natknęliśmy się na węża. Podobno jest to rzadkie, jednak nikt nie wchodzi do lasu bez kaloszy. Innym owianym złą sławą wężem jest tutaj shushúpe (Lachesis muta). Podobnie jak hergon jest wężem nocnym, śpiącym, niegroźnym w dzień (jeśli się mu nie przeszkadza). Inaczej rzecz ma się w nocy…

Właśnie dzięki temu, że nocą zwierzęta mniej się boją, dużo łatwiej je zlokalizować. W świetle latarki często są zdezorientowane i zamierają w bezruchu. Dobrym przykładem są czarne kajmany, które w ciągu dnia szybko czmychają do wody, a w nocy pozwalają podpłynąć na odległość paru metrów. Kiedy ogromne cielsko zrywa się do ucieczki, canoe wstrząsają dwie fale – jedna wywołana przez kajmana, druga przez zrywającą się z miejsca Olę :) W powietrzu panami nocy są spore nietoperze o czerwonych ciałach i czarnych skrzydłach.

Bardzo ciekawie jest w wodzie. Wystarczy wrzucić kawałek jedzenia i już się kotłuje. Podobnie jak na lądzie, tak i tutaj trwa nieustanna walka o życie. Miażdżąca większość ryb jest drapieżna i posiada solidne uzębienie. Płaszczki natura wyposażyła w śmiercionośny kolec na ogonie, są też węgorze elektryczne. Najciekawszym mieszkańcem tutejszych wód jest paiche, jedna z największych ryb słodkowodnych. Musiała czekać od czasów prehistorycznych na największego drapieżnika wszech czasów – człowieka, który niemal wytępił te piękne zwierzęta. Mięso w miastach osiąga astronomiczne ceny, co stwarza zagrożenie dla wytrzebionej populacji. Na szczęście w wielu miejscach objęte są ochroną, prowadzi się systematyczne zarybianie, a odłowy teoretycznie są kontrolowane. W Amazonii spotkać można 2 gatunki delfinów słodkowodnych. Im bardziej zagłębiamy się w park, tym jest ich więcej. Często wynurzają się w pobliżu canoe, zdarza się, że jakiś odważniejszy osobnik ociera się o dno łódki. Przy jednej z noclegowni mam przyjemność obserwować ich żerowanie. Podobnie jak nasze bolenie, atakują płycizny, na których pływają ławice małych rybek. Najpierw w odległości kilkunastu metrów pojawią się grzbiet delfina, po czym gładkie, różowo-szare ciało siejąc popłoch wynurza się tuż przy brzegu, dynamicznie zakręca i znika w głębinach. Nie ukrywam, że jest to dla mnie spore przeżycie. Wszystko odbywa się przy pięknym zachodzie słońca. Zaczyna robić się ciemno. Czas uciekać przed nadciągającą zmorą sancuros.

Selwa to przede wszystkim flora ze swoim majestatycznym lasem. Choć może las jest tutaj określeniem nieodpowiednim, bo kojarzyć się może z porośniętym mchem poszyciem, spokojnym spacerem, wyprawą na grzyby. Selwa to przede wszystkim niezwykle agresywna ekspansja życia, zielona bomba rzucona na niezwykle podatny grunt. Powalają rozmiary i natłok zieleni. Drzewa z koronami poza zasięgiem wzroku, korzenie z tysiącami odgałęzień, ogromne paprocie i liście, wszędobylskie liany. W walce o światło przeplatają się, wyrastają jedne na drugich. Patrzę w jedno miejsce i nie jestem w stanie policzyć różnych gatunków roślin. Przy korzeniach gigantycznej lupuna człowiek czuje się jak krasnoludek z Kingsajzu. W obronie przed fauną wiele roślin wykształciło mechanizmy obronne takie jak kolce czy trujące składniki. Wysokość i zbicie roślinności wysokopiennej sprawia, że do poszycia dociera niewiele światła, przez co roślinność jest tutaj uboższa. Uboższa nie oznacza wcale uboga. Marsz przez las deszczowy wysysa z człowieka całą energię. Po paru minutach pot spływa po całym ciele. Ze względu na ogromną wilgotność ubranie praktycznie nie schnie. Wzmożona uwaga, chmary komarów i innego robactwa dopełniają dzieła złamania ducha. Kiedy spacerujemy w miejscu, gdzie są już ścieżki jest łatwo i przyjemnie. Kiedy wkraczamy w obszar, w którym to my wyznaczamy ścieżki, tak fajnie już nie jest. A mamy przed sobą przewodnika z maczetą.

Las daje życie i życie zabiera. Żywi, daje materiały na dom, canoe i narzędzia. Jest również źródłem lekarstw. Vegetalistas, szamani leczący przy pomocy roślin, są w stanie wyleczyć każdą chorobę, a nawet uratować po ukąszeniu węża. Bierne wobec tego bogactwa nie pozostają koncerny farmaceutyczne, które bez przerwy poszukują tu składników do swoich leków. Ogromna wiedza lokalnej ludności nie została nigdy spisana, co jest dla nich dodatkową przeszkodą. Podczas wędrówek po dżungli poznajemy różnych „zielonych lekarzy”. Jednym z ciekawszych jest Renaquilla. Wystarczy naciąć aby popłynął lek, którego człowiek ze swoją zaawansowaną technologią nie był w stanie wyprodukować od zarania farmakologii. O Ayahuasce przygotowywanej z pnącza Banisteriopsis caapi i liści Psychotria jeszcze może kiedyś napiszę, bo to temat wręcz magiczny.

Kawał historii wiąże się z kauczukowcem (Hevea Aubl.). Jego wydzielinę (lateks) ktoś kiedyś podał obróbce i stworzył kauczuk, który stał się to źródłem bajecznych fortun baronów kauczukowych i nieludzkich cierpień mieszkańców lasu (o tym być może trochę później). Świetnie realia te opisał w „Marzeniu Celta” Mario Vargas Llosa.

Aby dopłynąć do niemal przerysowanych w swej wielkości i wyporności liści wiktorii (Victoria amazonica), przez ponad pół godziny przedzierać musimy się przez zbity dywan mięsistej roślinności wodnej. Kiedy Juan prosi mnie o pomoc w „wiosłowaniu”, doceniam dzieło stworzenia oraz tytaniczną pracę, jaką do pewnego momentu przewodnik wykonywał sam.

Wszystko to jedynie nanowycinek z bogactwa świata, w którym przyszło nam przebywać…

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3