Chile! ¡Feliz Navidad!

Miało być 30 km. Ktoś tam nawet przebąkiwał, że 20 i z górki. Finalnie było 60 w ostrym słońcu, z silnym wiatrem prosto w twarz. Dotarliśmy do Chile! Nadszedł czas Świąt. Z tej okazji wszystkim naszym czytelnikom chcielibyśmy złożyć najserdeczniejsze życzenia. Oby ten czas udało się Wam spędzić z dala od zgiełku, w rodzinnym gronie. Poza tym wiatru w plecy w nadchodzącym Nowym Roku 2014. Oby każda, najmniejsza nawet czynność była wielką, udaną przygodą!

Czas na podejście pod same ruiny. Na początek kolejne 4 km czystego podejścia do Maranpata. W obozie zostawiliśmy część jedzenia i plecaki nieco zelżały. Od samego rana słońce praży niemiłosiernie, jednak jest dużo lepiej niż poprzedniego dnia i postoje nie są już tak częste. W połowie podejścia mijają nas 2 Amerykanki z maleńkimi plecakami. 10 min później mija nas zziajany Peruwiańczyk. Okazuje się, że jest ich przewodnikiem i nie jest w stanie nadążyć. Śmieje się, że normalnie się to nie zdarza, ale dziewczyny są sportsmenkami i mają dobrą kondycję. Ciekawe, bo budowa pań raczej nie wskazywała na uprawianie sportu :) W Maranpata kupujemy 2 wody (po zbrodniczej cenie 15 soli każda!) i jajka. Widać już ruiny, jednak aby dotrzeć do pola namiotowego potrzeba przejść kolejne ~4 km (zejścia i podejścia na przemian), co zajmuje nam jakieś 1,5 h. Na miejscu okazuje się, że Amerykanki mają do swojej dyspozycji całą świtę. Trzy dodatkowe osoby, 5 mułów i koń. Czekał już na nie namiot sypialny oraz duży namiot z kuchnią i kucharzem. Wyprawa ma trwać 11 dni (cel – Machu Picchu) i musiała chyba kosztować fortunę. Nie muszę chyba dodawać, że od razu podano stołu. Zapachy sprawiają, że czujemy się jak biedne dzieci za szybą cukierni. Całe szczęście poczęstowali nas pyszną zupą. Dobrze dla nich, bo mogło się to skończyć napadem ze scyzorykiem w ręku :) Poprawiamy makaronem z czosnkiem, cebulą, pomidorem i jajkami i jesteśmy gotowi by ruszać. Pozostaje zapłacić za bilet. Okazuje się, że kosztuje 38 soli a nie 10, jak gdzieś wyczytaliśmy. Całe szczęście, że wypłaciliśmy pieniądze z zapasem (miały starczyć do końca pobytu w Peru). Całkiem zabawne było by pocałować klamkę po 2 dniach marszu…

Na niemal 3 godziny zanurzamy się w ruinach i odmętach historii. Jest bajecznie pięknie. Smaczku dodaje gęsta dżungla, przez którą biegną ścieżki łączące poszczególne części Choquequirao. Z początku za namową przewodnika idziemy w czwórkę i możemy posłuchać opowieści o odkrywaniu ruin i pochowanych w nich mumiach. Szybko mylimy jednak drogę i zostajemy sami. Dosłownie. Żadnej ludzkiej duszy w zasięgu wzroku. Przynajmniej takiej widzialnej ;) Nikt i nic nas nie goni, spokojnie snujemy się pomiędzy kamiennymi murami. Najbardziej znanym miejscem w całym stanowisku są Llamas del Sol – lamy z białego kamienia w tarasach po przeciwnej stronie zbocza. Okazuje się, że są sporo niżej, i kiedy do nich docieramy jest już późno i słońce chowa się za otaczającymi nas szczytami. Minęła już godzina „zamknięcia” stanowiska dla turystów, a my musimy jeszcze pokonać niezliczone stopnie schodów biegnących stromo wzdłuż tarasów z lamami. Mina Oli na górze mówi wszystko :) Cóż, przeliczyliśmy się nieco z czasem i końcówkę pokonujemy z asystą latarek. Żałujemy bardzo, że nie można już sypiać na miejscu.

Rano budzi mnie ból. Rzekłbym zakwasy, ale chyba nie oddaje to istoty rzeczy. Popaliłem mięśnie i z trudem docieram do ubikacji. Pierwsza myśl – zostaniemy dzień dłużej. Druga – nie możemy sobie na to pozwolić. Przed oczami mam facjatę pracownika lotniska, który wbił mi do paszportu 80-dniową wizę. Kiedy go zobaczyłem, od razu wiedziałem, że będzie jakiś problem. 10 sekund później obsługiwałaby mnie bardzo miła pani. By. Typ obejrzał paszport i od razu wyjął stertę papierów z zalegającymi sprawami turystów (głównie jakieś zaległe opłaty, niemal same polskobrzmiące nazwiska…). Nie miał powodu, żeby nie dać 90 dni. Dał 80. Trzeba opuścić Peru przed Bożym Narodzeniem. A najpierw wrócić na czas z Choquequirao. Najgorzej jest na zejściach. Ból z początku mocno ogranicza moje ruchy. Nie chcę robić z siebie jakiegoś herosa czy męczennika. Sam sobie jestem winien. Strach pomyśleć co by było, gdybyśmy nie pojeździli wcześniej rowerami. Po pewnym czasie wszystko obraca się na moją korzyść. Skupiam się na nogach i nie czuję ciężaru plecaka. Po 4 godzinach jesteśmy z powrotem przy rzece. W planach było, że rozbijemy się przy Chikiska (ok 1,5 h podejścia). Idzie się jednak nadzwyczaj lekko i jako, że docieramy tam stosunkowo wcześnie, postanawiamy maszerować dalej. W końcu zaczęły się zgadzać orientacyjne czasy podejść, o które pytamy mijanych ludzi (nie musimy już mnożyć przez 1,5). Ktoś naprawił zepsute ramię. Ola, która musi mnie gonić, zaczyna posądzać mnie o symulowanie :) Namiot rozbijamy w miejscu o nazwie Cocamasana. Tej nocy księżyc świeci niemal tak jasno, że można czytać książkę. W oddali, na zboczach nieśmiało majaczą światełka pojedynczych domostw. Myśli krążą wokół 3 ostatnich miesięcy. Niemal 3 miesiące! Kiedy to zleciało? Żal będzie opuszczać kraj potomków Dzieci Słońca…

Na nogi zrywamy się skoro świt. Ok, ja się raczej pokracznie podnoszę. Mimo to trwa dobra passa i w dwie godziny z hakiem ponownie jesteśmy przy 11 km, gdzie spędziliśmy pierwszą noc. Końcówka płaska z lekkimi zejściami. Podejś trzeba jedynie do samej Cachory. W miejscu o nazwie Colmena, zgodnie z instrukcją przemiłego właściciela (spotkanego pierwszego dnia), biję w dzwon. Señor López wychodzi ze swojego domku i zaprasza nas na kawę. Gospodarstwo śmiało mogłoby posłużyć jako plan filmowy. Pomimo tego, że nie mamy nic ponad to co na bilety powrotne, gospodarz robi nam jeszcze naleśniki. Posiłek oraz żywotność Señor Lopeza szybo pozwalają zapomnieć o zmęczeniu. Za wędrówki po górach chwali Polaków i Czechów. Wypytuje o historię Polski, sam zagina nas wiedzą z różnych dziedzin. Czasem mam wrażenie, że wie wszystko o co pyta i tylko nas sprawdza. Bywa, że wykręcam się ubogim słownictwem :) Na koniec Señor Lopez zakłada jeansową kurtkę, amerykańską czapeczkę, duże czarne okulary i rusza z nami do wioski, gdzie poznaje nas ze swoimi pociechami. Trójka maluchów ma jeszcze czwórkę przyrodniego rodzeństwa w Szwecji. Jak widać duchy gór sprzyjają naszemu na oko 60-letniemu towarzyszowi :) Cachora – Cuzco. Jeść i spać.

Choquequirao było ostatnim punktem na naszej peruwiańskiej drodze. Dzień przed nami ruiny obejrzała dwójka turystów. Razem z nami kolejna dwójka. Dzień później nie było tam nikogo. W budowie jest kolejka linowa, która umożliwi łatwy dostęp dla tych, którzy niekoniecznie mają czas i siłę maszerować 2 dni po górach. Limit turystów na Machu Picchu wynosi 2500 dziennie. Podobnie może być tutaj. Wielkie mieliśmy szczęście, że mogliśmy Choquequirao oglądać w takich okolicznościach. Sami przy pięknej pogodzie.

Kończę. Oznacza to dwie rzeczy. Pierwsza – masz dużo cierpliwości i czasu na czytanie moich wpisów. Druga – za moment znowu wsiądziemy na rowery i niedługo zawitamy w Chile. ¡Hasta pronto!

Przyszedł czas na wyprawę do Choquequirao – inkaskiego miasta przypominającego strukturą i architekturą słynne Machu Picchu. Prawdopodobnie było ono ważnym ogniwem łączącym Cusco z amazońską selwą oraz jednym z ostatnich bastionów oporu Inki Manco Yupanqui (Manco Cápac II). Hiram Bingham dotarł tu, jeszcze zanim odkrył ikonę Peru.

W przewodniku LP, jak również na różnych blogach polecają wynajęcie przewodnika wraz z mułami do niesienia bagażu. Tak więc pakujemy wszystko co potrzebne w duże plecaki i z gps-em za przewodnika ruszamy sami.

Ponad 30-kilometrowy szlak zaczyna się w wiosce Cachora, ok. 160 km od Cusco (colectivo + 2 x taxi, 30 soli na głowę). Do wioski docieramy jeszcze przed 15, w związku z czym rezygnujemy z noclegu i od razu zabieramy się do marszu. Pierwsze 11 km to delikatne podejście i póki co idzie gładko. Namiot rozbijamy na tarasach w okolicach niewielkiego sklepiku. Kiedy robię zdjęcia w świetle księżyca, nagle coś pojawia się z moimi plecami. Szybko się odwracam i zdębiały zauważam parę wpatrzonych we mnie oczu oraz wystające z głowy rogi. Postanowiło nam towarzyszyć stado krów. Niezłego napędziły mi stracha :)

Budzi nas mglisty poranek. Po krowach zostało jedynie pole minowe. Śniadanie, szybkie suszenie namiotu i w drogę! Aby dojść do ruin, z tzw. kilometro once schodzi się w dół doliny rzeki Apurimac (początkowo łagodnie, później nieco mniej), a następnie wchodzi ostro pod górę ~7 km. Końcowe ~4 km to na przemian zejścia i podejścia. Przewyższenia do pokonania to ok. 3000 – 1500 – 3000 m. Jeden ze współpasażerów w taksówce do Cachory porównał Peru do kartki papieru, którą Bóg postanowił zgnieść i w ten sposób urozmaicił „nieco” teren. Przyznam, że trafne. Wracamy na szlak. Do połowy zejścia widoczność wynosi kilkanaście metrów. Słyszymy już rzekę, lecz jej nie widzimy. Co pewien czas tabliczki ostrzegają przed wychylaniem się i spadającymi kamieniami. Podczas przerwy na kawę i zmianę spodni (przez chwilę pada) dopada nas rój mikroskopijnych żółtych muszek. Nie czuć ukąszeń, na skórze zostają bąble z krwistym punkcikiem. Ślady nie zeszły po tygodniu. Coraz bardziej swędzi, straszne dziadostwo. W połowie zejścia mija nas francuska ekipa filmowa (o czym dowiadujemy się potem). Cztery osoby plus przewodnicy i muły niosące sprzęt. Pod koniec dosłownie przebiega obok nas peruwiański przewodnik z niewielkim plecakiem. Mieszkańcy gór mają niesamowitą wydolność organizmu. Inkowie wypracowali niezwykle sprawny system przekazywania informacji. Wykorzystywali w nim kurierów dyżurujących w specjalnych stacjach rozmieszczonych na wszystkich drogach wybudowanych w swoim imperium.

W roku 1952 ekspedycja naukowa Amerykańskiego Towarzystwa Geograficznego pod kierunkiem Wiktora W. Hagena wyruszyła do Peru, by odszukać ich ślady w terenie i wykreślić je na mapie.
[...] Autor opowiada między innymi, iż z niedowierzaniem odnosił się do twierdzenia pamiętnikarzy hiszpańskich, jakoby bieg rozstawny gońców indiańskich na trasie od Quito do Cuzco trwał tylko pięć dni. Szybkość wynosiłaby w takim razie bez mała czterysta kilometrów na dobę, co tym bardziej wydawało się nieprawdopodobne, że droga wiodła przeważnie przełęczami górskimi w bardzo rozrzedzonym powietrzu. Dla porównania należy zaznaczyć, że kurierzy rzymscy nigdy nie zdołali przekroczyć stu pięćdziesięciu kilometrów na dobę.
Hagen postanowił sprawdzić wiadomość doświadczalnie i w tym celu najął siedmiu młodych górali indiańskich. Rozstawiwszy ich w siedmiu stacjach pocztowych, których ruiny odkrył w górach na wysokości pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza, kazał im przebiegać poszczególne odcinki. Podczas gdy młodzi Indianie biegli oddając sobie z rąk do rąk kłębek włókien, członkowie ekspedycji filmowali ich ruchy i mierzyli przebyty czas stoperem. Po sprawdzeniu rezultatów okazało się, że odległość siedemnastu i pół kilometra nie zaprawieni w biegach Indianie przebywali w ciągu 59 minut, co potwierdziło całkowicie relację pamiętnikarzy hiszpańskich.

Zenon Kosidowski, „Królestwo złotych łez”

Po 4,5 h w końcu docieramy do rzeki. Ze zdziwieniem zauważam, że nowy most jest w budowie a ze starego zostały tylko szkielet. Jest pora deszczowa i brunatne wody rzeki Apurimac mkną wściekle rozbijając się o skały 100 m niżej. Okazuje się, że zostajemy zapakowani do niewielkiej windy, która kursuje po stalowej linie przeciągniętej pomiędzy jednym a drugim brzegiem. Do połowy jedzie sama, dalej trzeba machać rękoma. Skończyło się przyjemne, zaczyna się ostre podejście. Idzie mi się fatalnie. Co chwilę siadam, mam wrażenie, że nie dam rady. Wstaję, idę dalej. Lewa, prawa, lewa, prawa. Regularność ramienia szybu naftowego. Zepsutego. Jeszcze 10 kroków, chociaż z 5. Siadam załamany. Tym razem Ola musi na mnie ciągle czekać. Żujemy liście koki, zapijamy naparem z liści. Przerabiam swój 20-kilogramowy bagaż. Torba z aparatem niesiona na piersi zastępuje jedną z kieszeni bocznych plecaka. W ten sposób cały ciężar mam na plecach. Organizuję sobie też kijek do podpierania (Ola się naczytała i od początku nagina z dwoma). Wszystkie kary na mnie idą. No idę chyba. W końcu. Do Santa Teresa docieramy nieźle wyżęci. Właściciel terenu, bardzo miły człowiek, kasuje jedynie 5 soli za namiot. W drodze powrotnej sprzedaje nam papaję za 1 sola. Jak widać nie każdy jest nastawiony na zdzieranie z turystów. Szkoda nam trochę człowieka. Cały czas w tej samotni… W tym samym miejscu śpią jeszcze dwaj Amerykanie. Zeszli z ruin, niestety przez mgłę nie mieli dobrych widoków. Zawodowo filmowcy. Prywatnie zjarani wędrowcy. Jestem zszokowany ilością sprzętu, który niosą. M.in. duży statyw, baterie słoneczne, reflektory odbijające światło. Cóż, nie jest ze mną jeszcze tak źle :) Niestety w sklepiku skończyła się woda. Zostaje kranówa z chlorem. Nie ma co, smak dzieciństwa. Prysznic, jeść i spać.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4