Cusco

Cusco okazało się być miejscem, w którym zmarudziliśmy najwięcej czasu na naszej dotychczasowej drodze. Mimo to wiele nie napiszę. Położone na wysokości ponad 3300 m n.p.m. miasto jest jedną z ikon Peru. Była stolica imperium Inków to chyba najbardziej turystyczne miejsce w całym kraju. Główna baza wypadowa na Machu Picchu i inne stanowiska archeologiczne, którymi usiane są okolice. Po zdobyciu Cusco przez hiszpańskich konkwistadorów, na inkaskich budowlach wzniesiono nowe. Mimo to wiele oryginalnych części zabudowań przetrwało i cieszy dziś oczy turystów. Miasto jest bardzo urocze, naprawdę miło jest zgubić się w jego wąskich uliczkach i na okolicznych wzgórzach. Aby zwiedzać kościoły i pobliskie ruiny wykupić trzeba tzw. Boleto Turistico, za co serdecznie dziękujemy. Wystarczy przejść się po głównym placu, żeby domyślić się co się tam dzieje. Przez nawał turystów co chwila ktoś chce coś nam wcisnąć, uszczknąć część tortu dla siebie. Przy słynnym 12-bocznym inkaskim kamieniu ciężko się przecisnąć, podobnie jest przy innych atrakcjach. Zatrzęsienie agencji turystycznych, drogich restauracji, hoteli, ekskluzywnych sklepów z rękodziełem i wyrobami z wełny alpaki. W całym tym przepychu nie sposób nie dostrzec żebrzących i zarabiających na życie handlem jednym towarem. Wystarczy znaleźć się z drugiej strony dowolnego wzgórza widocznego z Plaza de Armas, żeby zobaczyć inne oblicze miasta. To tyle. Przechodzimy do sedna. Przynajmniej na jakiś czas postanawiamy przesiąść się na rowery i sporo czasu zajmuje nam zakup naszych pojazdów. Sklepów rowerowych jak na lekarstwo. Albo strasznie drogo, albo nie ma szans na skompletowanie akcesoriów. Cierpliwość popłaca i w końcu się udaje. Oto są!

Po drodze do Cusco zahaczamy jeszcze o wybrzeże ze swoimi największymi atrakcjami. Top 5 naturalnych formacji Peru z przewodnika Lonely Planet, co należy odczytywać jako miejsca typowo turystyczne. W sezonie musi tu być tłoczno i gwarno. Obecnie bary i restauracje świecą pustkami, co nas w sumie cieszy :) W dzień upalnie, wieczorem momentalnie robi się zimno. Spacerując po plaży przechodzimy przez ekskluzywne kompleksy hotelowe. Prywatna plaża, baseny, bogato wyposażone bary. Wszystko to doskonale kontrastujące z biednymi rybakami w wełnianych czapkach, wypływającymi wcześnie rano na połów. Zabawne, że można przemierzać ten kraj nie zdając sobie sprawy z jego faktycznej kondycji.

Drugiego dnia ze zorganizowaną wycieczką (niestety nie da się inaczej…) ruszamy na Islas Ballestas, wyspy będące ostoją m.in. wielu gatunków ptaków, uchatek czy pingwinów Humboldta. Zamieszkujące Islas Ballestas kormorany, pelikany i inne morskie ptaki stały się ważną częścią historii Ameryki Południowej. Dość śmierdząca sprawa bo rzecz rozchodzi się o gówno. Guano, ptasie odchody będące doskonałym, naturalnym nawozem, było swego czasu ważnym towarem eksportowym Peru. Na tyle cennym, że jego złoża stały się główną przyczyną tzw. wojny o Pacyfik (pomiędzy Chile a zjednoczonymi siłami Peru i Boliwii). Z czasem nawozy naturalne zastąpione zostały przez sztuczne. Kolejnym gwoździem do trumny były koncesje na odłów ryb sprzedawane firmom zagranicznym (zubożenie pokarmu, którym żywiły się ptaki). Śmieszne jest to, że odławiane ryby przeznaczane były na mączkę, którą następnie karmiono m.in. ryby hodowlane w Europie.

Odległość wysp od lądu, nierealny, lazurowy kolor wody oraz skąpane we mgle ogromne statki wywołują jakiś dziwny niepokój. Wraz z przelatującymi grupkami ptaków pojawia się charakterystyczny odór wspomnianych wcześniej odchodów. Dopiero później z mgły wyłaniają się zarysy skał. Zwierzęta zdają się nie zwracać uwagi na obecność turystów. Najwyraźniej nie przeszkadza im las rąk z przyrośniętymi do dłoni telefonami i kamerami. Przyzwyczaiły się.

Do położonego na lądzie Rezerwatu Narodowego Paracas żadnego zorganizowanego środka transportu na szczęście nie trzeba. Tanie rowery ktoś sprzątnął nam sprzed nosa, więc ruszamy pieszo. W przeciwieństwie do otwartej przestrzeni na wodzie, otwarta przestrzeń pustynnego krajobrazu budzi we mnie niesamowity spokój. Jedynym urozmaiceniem krajobrazu są mknące do portu ogromne ciężarówki. Po pewnym czasie i one znikają. Znajdująca się na końcu marszu plaża Lagunillas swoim pięknem wynagradza trudy marszu. Może i nie zwiedziliśmy całego rezerwatu, ale przynajmniej nikt nie robił na moich oczach sweet foci na Facebook’a… Dodam jeszcze, że głównym tematem w hostelu był problem z siecią. Jedyne padające wymiany zdań:
- Jest już Internet?
- Podobno nie.
- Nie wie pan, kiedy będzie?

Jeśli Paracas nazwać należy miejscem turystycznym, to nie wiem jak wypadało by nazwać położoną na południowy wschód od Paracas Huacachinę. W tej powstałej wokół niewielkiego, naturalnego jeziora oazie wszystko zbudowane zostało pod turystów. Miasteczko otaczają ogromne, piaszczyste wydmy (na jedną z nich wpełzamy ledwo żywi po około 20 minutach), główną atrakcją są przejażdżki buggy i sandboarding. Nie powiem duża frajda, ale chyba nie tego do końca szukamy. Kierunek Cusco.

Amazonka – niedokończona historia

Miał być oddzielny post o Amazonce, ale pisanie (a może raczej myślenie o tym) wysysa ze mnie zbyt dużo energii i nie dam już rady. Dla oddania hołdu królowej rzek wrzucam jej ujście widziane z kosmosu. Obniżamy dzienny budżet i pozwalamy sobie na komfort lotu do Limy. Powoli wzywają nas Andy. Żegnajcie wielka wodo i niezmierzony lesie. Żegnajcie dobrzy ludzie. A może raczej do zobaczenia!

amazon-river-from-space

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4