Iquitos – lateks, krew, pot i łzy

Iquitos, założone przez Jezuitów w 1757 roku, jest dziś największym ośrodkiem miejskim, do którego dostać się można jedynie szlakiem wodnym bądź samolotem. Rozkwitło wraz z narodzinami transportu lądowego i rosnącym zapotrzebowaniem na opony. Poddany obróbce termicznej lateks (sok z kory kauczukowca brazylijskiego) przyniósł fortuny, których nie powstydziliby się dzisiejsi szejkowie. Symbolem splendoru stał się budynek (Casa de Fierro) zaprojektowany przez samego Eiffel’a, sprowadzony w częściach z Europy. Mroczną stroną historii jest sposób w jaki pozyskiwano surowiec. Zapach łatwego zysku zwabił najgorszy ludzki „element”, którego moralność przymykała oko na wyzysk rdzennej ludności. To właśnie niewolnicza praca mieszkańców lasu pozwoliła, by do miasta sprowadzano najlepsze europejskie produkty. Bestialstwa, do których dopuszczano się, aby zmusić do pracy nie powstydziłaby się tajna policja Pinocheta. Boom kauczukowy zakończył w zasadzie Sir Henry Wickham, który przemycił nasiona kauczukowca do Anglii. Guma wyprodukowany w Azji była tańsza i szybko zastąpiła tę pochodzącą z Ameryki Południowej. Bratem Iquitos jest położone w Brazylii Manaus. Symbolem tamtejszego bogactwa stała się gmach opery Teatro Amazonas. Co ciekawe w tym położonym w sercu dżungli mieście, w przyszłym roku zawitają mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Gdy Sarah Bernhardt, zaproszona przez kauczukowych milionerów do Manaus, występowała w operze amazońskiej, deklamując słynny wiersz w sztuce Rostanda ‚L’Aiglon’, tysiąc dwieście słuchaczy doznawało wzruszeń, a wielu miało łzy w oku. Obecny na przedstawieniu dziennikarz z Paryża, człek o złośliwej wnikliwości, zastanawiał się, czy wtedy choć jeden widz uświadamiał sobie potworną cenę życia, jaką ludzie puszczy zapłacić musieli, by powstał ten luksusowy gmach opery i by można było sprowadzić ‚boską Sarę’ do Manaus — i czy kto z rozrzewnionych słuchaczy zdawał sobie sprawę z tego, że na każde z tysiąca dwustu foteli i krzeseł w gmachu przypadało stu zabitych w puszczy, zatorturowanych na śmierć seringueirów, zbieraczy kauczuku?

Arkady Fiedler, „Piękna, straszna Amazonia”

Po niesamowitym bogactwie nie ma dziś już śladu. Iquitos przypomina inne peruwiańskie miasta i nie robi na nas specjalnego wrażenie. A już na pewno nie robi go zaprojektowana przez Eiffel’a kupa blachy, w której mieści się dziś apteka i restauracja. Część budynków pokrywają jeszcze płytki sprowadzane w okresie świetności z Portugalii i Hiszpanii. Iquitos to dziś przede wszystkim przemysł drzewny i turystyka. Na szczęście jest poza sezonem i o turystycznym charakterze tego miejsca przypominają jedynie położone przy głównym deptaku liczne restauracje i hotele z widokiem na Amazonkę. Polski akcent w historii Iquitos to Stan Tymiński, który jako pierwszy założył tutaj telewizję kablową. Jest zresztą jednym z czterech Polaków przewijających się, kiedy mówimy skąd pochodzimy. Wojtyła, Lato, Tymiński i Lewandowski. Nie zawsze w tej kolejności.

Największą osobliwością Iquitos jest targ Belén. Wiele targów w Peru widzieliśmy, jednak ten przerasta je swoimi rozmiarami oraz rozmaitością towarów. Każdego dnia, wcześnie rano spływa tutaj bogactwo okolicznych wód i lasów. Owoce, ryby, mięso z selwy. Tajemnicą poliszynela jest chyba fakt, że dostać można tutaj mięso małpy, czarnego kajmana czy żółwia. Poraża ilość i rozmiary ryb. Zastanawiamy się jak inwazyjne są takie odłowy dla okolicznej fauny. Podczas, kiedy w rezerwacie polowanie na kajmany problemem raczej nie jest, tak dla terenów dostępnych dla wszystkich może to już wyglądać nieco inaczej. Kiedy robię zdjęcia wyczuwam wyraźną niechęć ze strony sprzedających i sam szybko się zniechęcam… Ponieważ targ zajmuje olbrzymią powierzchnię, nie jest w stanie na bieżąco wydalać wszystkich odpadów na zewnątrz i „robi pod siebie”. W niektórych miejscach piętrzą się góry śmieci. Obok, najzwyczajniej w świecie je się obiad.

Przy wysokim stanie wody część targu położona nad rzeką zaczyna pływać. Domy budowane są na palach z drewna, bądź na specjalnych tratwach, które unoszą je na powierzchni. Żywotność tych drugich to podobno jakieś 4-5 lat. Obecnie jest niski stan wody (na zdjęciach na niektórych domkach widać, gdzie woda może sięgać) i cały handel odbywa się na lądzie. W porcie wynajmujemy łódkę z przewodnikiem, który opowiada o życiu lokalnej społeczności. W „restauracji” na wodzie zjadamy obiad z mięsem, które okazuje się być jeleniem. Kolejne „dobro” z selwy. Dookoła brudno i jakoś tak przygnębiająco. Wiele domków w fazie rozkładu, przed domami „łazienki” (a może i latryny) na wodzie – parę desek, kawałek folii zasłaniający przed światem. Rzeka, która wchłania resztki z targu i domostw, ma tu kolor kawy z mlekiem i raczej nie zachęca do kąpieli. Jest też oczywiście kościół i dyskoteka.

Oprócz rynku, z Iquitos zapamiętamy głównie pyszne, przygotowywane z lokalnych owoców (camu camu, aguaje, kokos i inne) lody oraz niepasujące do 40 stopniowego upału choinki i ozdoby świąteczne. No ja jeszcze może zaskoczenie lombardem, w którym znalazłem kilka gier, które chętnie dołączyłbym do swojej kolekcji :)

Leoncio Prado – zapach wakacji u babci

Zapachniało wakacjami spędzanymi u babci na wsi. Ostatnimi czasy wielokrotnie. Jeszcze w Lagunas, w rezerwacie a już na pewno w wiosce Leoncio Prado, do której trafiliśmy na końcu. Wspólnym mianownikiem tych miejsc jest bardzo ograniczony (bądź jego brak) dostęp do prądu, sieci komórkowych i naszego „cudownego” okna na świat jakim jest Internet. Brak dróg lądowych i odległość min. 10 godzin podróży drogą wodną ustrzegło tutejsze życie przed przeniesieniem w świat wirtualny. Masowa konsumpcja krajów rozwiniętych doprowadziła do tego, że ludzie nie znają już nawet nazwisk swoich sąsiadów. Praca, zakupy, wieczorne wpatrywanie się w pudło. Moja babcia powiedziała kiedyś, że dzisiaj jak się pójdzie bez zapowiedzi w odwiedziny do sąsiada, to jeszcze kopa w tyłek można zarobić… W miejscach, które mieliśmy przyjemność odwiedzić ludzie nadal żyją naturalnie. Po skończonej pracy wylegają na ulicę aby razem spędzać czas, wspólnota ma tutaj żywy charakter.

Kiedy dotarliśmy do Leoncio Prado, przewodnik kazał nam zostawić wszystkie rzeczy w canoe zapewniając, że tutaj nikt nie kradnie. Kiedy ja idę z nim odszukać jego rodzinę, Ola zostaje i pilnuje naszych rzeczy. Dopiero później zrozumieliśmy, że nasze obawy o kradzież były bezpodstawne. Wszystko dookoła pootwierane na oścież, nawet szkoła ze swoją mikrobiblioteczką i podręcznikami. Przed domami chmary roześmianych dzieciaków. Znowu jest okazja żeby pograć w piłkę (i zebrać cięgi).

W domu naszych gospodarzy, jednego z niewielu, które mają własny agregat prądowy wieczorem zbierają się rożni mieszkańcy wioski. Starszyzna dyskutuje, śmieje się, państwo domu wypiekają w prodiżu keke (ciasto). Dzieciaki odpalają mały odtwarzacz DVD z wbudowanym wyświetlaczem i odpalają film. Dźwięku brak, zostaje sam obraz – cycki i przemoc w kiepskim wydaniu. Na pirackiej płycie 5 filmów z piraniami w roli głównej (Pirania 3D, Pirania 3DD, Super Hiper Pirania itd.). Po pewnym czasie do dzieciaków dołączają dorośli i wszyscy jak jeden mąż gapią się w maleńki monitorek. Czar prysł. Oto co przyniosła tego wieczoru szanowna Pani Cywilizacja.

Ostatnie 3 foty jeszcze z Lagunas.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4