Valle de la Luna – noc na Księżycu

20140126_valle_de_la_luna-2

Na wstępie chcę powiedzieć, że „zbrodnia”, którą popełniliśmy była nieumyślna. Ktoś czegoś nie doczytał, ktoś inny nie umieścił tabliczki, że nie można, że rezerwat itd. Późnym popołudniem mijamy szlaban blokujący dostęp do doliny pojazdom czterokołowym. Wkraczamy, a raczej wjeżdżamy w księżycowy krajobraz. Pustynia Atacama jest jednym z najsuchszych miejsc na Ziemi. Będąca jej częścią Valle de la Luna sprawia wrażenie miejsca oderwanego od rzeczywistości. Teren uformowany przez działalność wody i wiatru rzeczywiście przywodzi na myśl naturalnego satelitę naszej planety.

We flagowych miejscach tłumy turystów. Jeszcze dobrze nie wysiedli z busa a już pozują do zdjęć. Jednego z kierowców pytamy, gdzie można rozbić namiot. Nie jest pewien, nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Zrobiło się naprawdę późno, Ola pada ze zmęczenia. Po stronie, do której nie da się dojechać, znajdujemy ustronne miejsce. Wiatr narasta z każdym momentem i z trudem rozbijamy namiot. Pomimo zapakowania wszystkich sakw do środka i przywiązania rowerów do namiotu, podmuchy miotają nim jak małym balonikiem. Wygląda na to, że jeśli się nie porwie i nie połamie to może chociaż odfrunie. Nie wierzę własnym oczom – gwałtowny podmuch podnosząc rower przesuwa namiot z całym naszym dobytkiem. W tym momencie zapada decyzja – jedziemy dalej. Podczas zwijania namiotu wiatr niemal porywa Olę razem z tropikiem. Latać się jej zachciało. Jednoślady gotowe do drogi w rekordowym tempie. 3 razy szybciej niż normalnie. Tak powinno być na co dzień :) Kiedy zjeżdżamy niżej jest już zupełnie ciemno. Wiatr wywiał wszystkie żywe dusze po czym ustał. Dziwnie się składa, że akurat znajdujemy odpowiednie do rozbicia namiotu miejsce. Spać!

Poranek wita nas cudownym wschodem Słońca. Komu w drogę, temu czas. Pokryty przypominającą śnieg solą teren zaczyna przekształcać się w marsjański krajobraz. Najpierw Księżyc, teraz Mars. Istny kosmos. Podobno testowano tu nawet prototyp marsjańskiego łazika. Czerwono-pomarańczowe skały w bocznym oświetleniu wyglądają magicznie. Dopiero teraz zaczynają się tabliczki zakazujące przekraczania wyznaczonych ścieżek. Dotychczas nic. Nawet informacji o rezerwacie nie ma. Mijamy budki strażnicze. Pusto. O bilety nie ma nawet kto zapytać. Sami upominać się raczej nie będziemy. Naprawdę warto być na miejscu we wczesnych godzinach porannych. Chłodno, pusto i magicznie. Dopiero w San Pedro de Atacama, w naszym „ukochanym” przewodniku przeczytaliśmy, że biwakowanie w dolinie jest zabronione. Mam nadzieję, że duchy przodków tych ziem się na nas nie obraziły. Śladów po sobie nie zostawiliśmy.

W drodze na pustynię Atacama cz.2

20140123_w_drodze_do_san_pedro-26

Od rana w drodze. Znika zieleń, pojawia się sucha jak pieprz pustynia solna. Mijamy znaki wskazujące liczne opuszczone kopalnie i miasteczka. Kiedy upał staje się ciężki do zniesienia, zaczynamy łapać stopa. Mamy dziś szczęście. Nie dość, że nas zabierają, to jeszcze obwożą po okolicznych salarach, a na koniec zostawiają sporo butelkowanej wody. Staram się wyobrazić sobie taką sytuację u nas w kraju. Jakoś tak ciężko mi to idzie :)

Lądujemy w oazie Quillagua. Żyje tu dziś zaledwie 120 osób. Swego czasu było ich ~800, jednak kopalnie zanieczyściły i wysuszyły lokalną rzekę. Bardzo szybko chilijska północ pokazała swoje prawdziwe oblicze. W miasteczku pracuje grupa wolontariuszy – archeologów, antropologów i innych naukowców. Pracy mają raczej sporo. Okoliczne wzgórza usiane są geoglifami a ziemia ciałami dobrze zakonserwowanymi saletrą i brakiem wilgoci. Trafiamy akurat na zebranie z radą lokalnej społeczności. Razem walczą o ochronę okolicznych ziem i realizację projektu centrum z porządnym muzeum. Chyba ciężko o środki. Na koniec śmieją się, że jesteśmy przedstawicielstwem kopalni. Po zebraniu mamy okazję oglądać mumie, które leżały długi czas w pudłach i czekały aż ktoś się nimi zajmie. Warunki raczej spartańskie. Prowizoryczne stoły, niewiele miejsca na narzędzia. Następnie odwiedzamy maleńkie muzeum, którym opiekuje się starsza pani. Staruszka o wyglądzie proszącym się o angaż w jakimś filmie Jean-Pierre Jeunet’a opowiada niestworzone historie, głaszcze mumie, co chwila się śmieje. Cały czas towarzyszą nam wolontariuszki. Wspominają, że swego czasu opiekunka potrafiła czesać mumie a odwiedzającym rozdawać eksponaty. Może paluszek? Rączkę? A może główkę? Co by nie mówić relacje ze swoimi podopiecznym ma co najmniej dziwne :)

Jeszcze tego samego dnia łapiemy stopa do Calama. Stamtąd ruszamy w kierunku San Pedro de Atacama. Na dzień dobry pomyliłem drogę i zrobiliśmy dodatkowe 10 km. Najpierw pod górkę, a później z górki z ostrym wiatrem w twarz. Co dziwne, na właściwej drodze ostro wieje nam w plecy. Dzięki temu nie odczuwamy tak bardzo rosnącej wysokości. A podjechać trzeba z 2300 na jakieś 3500 m n.p.m. Noc pośrodku niczego. Surowy krajobraz. Z jednej strony ciemne chmury, z drugiej pięknie pokolorowane niebo. Wysiłek obrał nas z niepotrzebnych myśli i słów. Spać.

Wstajemy o 5. Zimno. Pomimo wysiłku marzną dłonie i stopy. Bez wiatru prędkość spadła o 50%. Już teraz rozumiem, dlaczego napotkany rowerzysta mówił, że pomimo bardzo długiego zjazdu, na pokonanie 60 km potrzebujemy jeszcze 8 godzin… Około 13 docieramy do rozwidlenia prowadzącego do Księżycowej Doliny. Praży niemiłosiernie, ni krzty cienia. Na dobre 2 godziny chowamy się w namiocie.

W drodze na pustynię Atacama cz.1

20140122_santa_laura_humberstone-7

Pedałowanie wysysa ostatnio cały nasz czas i energię. Poza pobytem w Iquique większość dni wyglądała podobnie. Pobudka wcześnie rano, jazda w rozsądnych godzinach, następnie łapanie okazji i ew. ponowne przebieranie nogami.

Z Arica do Iquique udaje nam się złapać stopa. I bardzo dobrze, bo podjazdy są ostre, a czas mocno goni. Jak już wspominałem, na południu chcemy być jeszcze przed zimą. Dodatkowym motywatorem są plecaki, które wysłaliśmy do Puerto Montt. Będą czekać tylko do 20 lutego. Nasz „szofer”, operator ciężkich kopalnianych maszyn, wspomina, że praca w zagranicznych kopalniach wymaga całkowitego podporządkowania. Jakiekolwiek „ale” i można sobie szukać nowego pracodawcy. Co chwila kreśli znak podrzynanego gardła. Ogólnie to chyba za dużo kofeiny przyjmuje. Przez 300 km ze 3 kawy i butla kawy zmieszanej z colą. Przynajmniej wiemy, że nam nie zaśnie za kierownicą.

O samym Iquique niewiele. Słońce, plaże, ocean i tłumy turystów. Było całkiem ciekawie, jednak moje teksty są na cenzurowanym i nie wszystko mogę napisać :) Najważniejsze, że po wielu przejściach (a jakże) kupuję nowy (no prawie) aparat. Wyjazd z miasta ostro daje nam w kość. Ciężkie podjazdy w piekącym słońcu to to, co lubimy najbardziej. Wspominałem już, że kochamy się umartwiać? Pod wieczór łapiemy podwózkę i jeszcze przed zmierzchem rozbijamy namiot pod bramą opuszczonego miasteczka Santa Laura. Miasto widmo jest reliktem przypominającym epokę wydobycia saletry. Jej koniec, syntezą amoniaku, skutecznie zapoczątkował niemiecki chemik Fritz Haber. Nawozy sztuczne okazały się tańsze i szybko zaczęły wypierać z rynku „białe złoto”. Na horyzoncie odcina się przemysłowa część miasteczka. Słońce maluje niebo wściekłą czerwienią, z oddali dochodzi skrzypienie przeżartej rdzą blachy. Ciekawy klimat, szczególnie w połączeniu z krążącymi tu opowieściami o duchach. I alkoholem krążącym w naszych żyłach, bo tak się składa, że człowiek, który nas podwiózł zostawił nam butelkę wina. Wspominałem już, że Chilijczycy to bardzo mili ludzie?

Od rana snujemy się po Santa Laura, a następnie po pobliskim Humberstone. Podczas gdy część mieszkalna Santa Laura została zniszczona, w Humberstone zachowała się niemal w całości. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu miasta te były całkiem ciekawym miejscem do życia. Własne teatry, boiska, szkoły, a w Humberstone nawet basen wyłożony blachą. Trzeba jednak nadmienić, że ciekawie to mieli tam ludzie faktycznie czerpiący zyski z kopalni. Zwykli robotnicy stłoczeni na małej powierzchni, pracę i życie mieli raczej ciężkie. Choć czasy kolonialne skończyły się już dawno, historia zatacza koło pod bardziej wyrafinowanymi postaciami.

Tego dnia nie mieliśmy szczęścia w łapaniu stopa. Ruch na Panamericanie żaden i trzeba się było solidnie namachać. Kiedy tak sobie jedziemy przez surowy, pustynny krajobraz, nagle wyrasta przed nami oaza zieleni. Park Narodowy Pampa del Tamarugal porastają specyficzne drzewa (Prosopis chilensis), które wykształciły podwójny system korzeni. Korzenie długie, czerpiące wodę ze źródeł głębinowych oraz krótkie zbierające wilgoć trafiającą do ziemi z powietrza. A tej jest tutaj niewiele. Co ciekawe drzewa rosnące w rezerwacie zostały wyhodowane przez człowieka. Działalność kopalni (ogromne zużycie wody, zanieczyszczenia) doprowadziły do ich prawie całkowitej zagłady. Zadziwiające jest to, że nawet pustynię potrafimy zniszczyć. W ramach zemsty ostry kolec przebija mi koło. Druga guma w ciągu 2 dni.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3