R.I.P. 7D

Spędziliśmy razem ostatnie 3,5 roku życia. Praktycznie nierozłączni. Wszystko co ma swój początek, ma również swój koniec. Zapadł w śpiączkę w ostatnim dniu 2013 roku. Życie postanowiła odebrać mu podstępna fala. Być może ta sama, która zabrała Papillona z Wyspy Diabelskiej. Ostatnie tchnienie jakie biedak wydał przed śmiercią:

Cóż, nie mam już aparatu. Tzn. mam, ale nie bardzo działa, więc tak jakby go nie było. Kiedy robię zdjęcia skalistego wybrzeża na statywie, przy długim czasie naświetlania, nagle pojawia się ogromna fala, która swoją siłą uderzenia zmywa sprzęt do wody. Mnie zresztą też. W momencie rzucam się na kolana i wyławiam aparat. Szybko wycieram go w koszulkę i zszokowany, pijackim krokiem wracam do namiotu. Na tyle zszokowany, że dopiero tam zauważam, że ze statywu została tylko rączka a z filtra popękane szkiełko… Wszystko pewnie skończyło by się dobrze, gdyby nie fakt, że szerokokątny obiektyw, który był akurat przypięty, nie jest odporny na wodę. Może gdybym go od razu wypiął… Gdybym. Zrobił się najdroższy sylwester w życiu. Przebił inną imprezę, którą kiedyś zafundowaliśmy sobie kiedyś razem z przyjacielem :) Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że kilka dni wcześniej w 6-litrowym baniaku nagle urwała mi się rączka i zalała nam laptopa. Rozkręcenie, 2-dniowe suszenie i restart baterii na szczęście postawiły go na nogi. Chyba za bardzo przywiązujemy się do przedmiotów. Ciężko się potem odzwyczaić… Jak się okazało wszystko to było dopiero zapowiedzią gorszego. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Arica – w oczekiwaniu na sakwy

Święta i końcówkę roku spędzamy w Arica. Wszystko przez rowerowe sakwy. W Peru udało się kupić jedynie tylnie, w dodatku kiepskiej jakości. W Arica nie możemy znaleźć przednich, co dopiero mówić o bagażnikach do ich montażu. Zamawiamy komplet solidnych sakw ze stolicy, jednak jak się później okazuje przychodzi na nie trochę poczekać. Prawie rok jakby nie patrzeć :)

Arica jest bardzo przyjemnym miejscem. Szczególnie jak ktoś lubi spędzać czas nad wodą. Palmy, plaże, ocean, owoce morza itd. Dużo spacerujemy, czytamy, od czasu do czasu jeździmy rowerami wzdłuż wybrzeża. Z jedzeniem też raczej się nie oszczędzamy :)

O samym Chile ciężko coś powiedzieć na podstawie jednego miejsca. W dodatku miejsca, które przed Wojną o Pacyfik należało do Peru. Jedno jest pewne – w porównaniu do Peru to zupełnie inny świat. Ludziom przybyło wzrostu, pojaśniała karnacja, spadła nieco waga (przynajmniej młodzieży :)). Wśród młodych widać wyraźny kult wyglądu i fascynację kulturą Zachodu. Tatuaże, ciuchy, sposób bycia. Wszędzie deskorolki, BMX-y, podrasowane auta. Pierwsza moja myśl – Europa. Niekoniecznie daleka od prawdy, bo mieszkańcy Chile to w dużej mierze europejscy imigranci i ich potomkowie.

Ludzie są bardzo otwarci. Uśmiechnięci, chętni do rozmowy, pomocy. Dużo wynika pewnie z wyższego poziomu życia, którego nie da się nie zauważyć. Przynajmniej tutaj nie trzeba od rana do wieczora walczyć o przetrwanie (bo, że nędza w np. callampas Santiago de Chile jest straszna, to nie wątpię). Z ulicy zniknęli handlarze czymkolwiek, ze sklepów podróbki. Miejsce ich zajęły sieciówki i produkty lepszej jakości. Arica jest pierwszym miejscem w Ameryce Południowej, gdzie mogę kupić na ulicy oryginalny film na DVD.

Wieczorami na plaży pojawiają się całe rodziny. Bardzo często kilka pokoleń. Czas spędzają spokojnie, widać dużą zażyłość. Nawet na ulicy ludzie często się obściskują, całują. Jakoś tak bez wrogości i zbędnej napinki. Aż ciężko uwierzyć, że reżim Pinocheta przerwał rdzeń kręgowy chilijskiego społeczeństwa.

Oto jak uchodźca polityczny mówi o swoim kraju wracając po latach dyktatury „Dziadka”:

Wylądowałem w innym, nieznanym świecie.
[...] Nie poznawałem mojego kraju. Cieszyłem się, że jestem z matką, siostrami. Spotykałem przyjaciół. Ale nikt nie chciał rozmawiać o tym, co się w Chile stało i co się dzieje. Wszyscy rozmawiali o meczach, serialach, festiwalach, konkursach. Nikt nie chciał mówić o polityce. Niby dyktatura się skończyła, nic już nikomu nie groziło, a oni rozmawiać nie chcieli. Przez lata nie wolno im było mówić, i nauczyli się, że od politykowania to tylko kłopoty i nieszczęścia. Dyktatura zniszczyła ducha obywatelskiego, zdepolityzowała mój kraj.
[...] Zrozumiałem, że mój świat się skończył, zniknął, przepadł. Dawnego Chile, kraju fiesty i kraju dla ludzi, już nie ma.

Artur Domosławski, „Gorączka latynoamerykańska”

Zastanawiam się jak odnieść to do tego, czego doświadczam dzisiaj. Czy czas zagoił rany i wszystko idzie ku lepszemu? A może faktycznie kiedyś miejsce to było istnym rajem na ziemi i dzisiejszy obraz jest jedynie cieniem minionej epoki. Nie wiem. Wrażenia spisuję „na gorąco”. Po pierwsze z punktu widzenia Polaka, który żyje na co dzień w społeczeństwie mało przyjaznym i raczej ponurym; po drugie w zasadzie na bazie jednego miejsca, w dodatku typowo wakacyjnego. Choć takich jest tutaj sporo, bo Chile, choć ma ponad 4000 km długości, to średnio jedynie ~180 km szerokości i wiele ośrodków miejskich wyrosło nad oceanem.

Wracamy do naszej codzienności. Oczywiście ceny poszły w górę. Na szczęście wystarczy trochę poszukać i już nie straszne te orientacyjne ze „wspaniałego” przewodnika LP. Na miejscu poznajemy grupkę artystów-nomadów. Polka z Peruwiańczykiem, ich mała córeczka, Argentyńczyk, Chilijczyk. Jeżdżą po świecie, malują, robią tatuaże z henny. Tak od lat. Julian, mąż Aleksandry, już w wieku 19 lat zarabiał w Meksyku jeżdżąc na rowerze z odwrotnym sterowaniem. Rodaczka Aleksandra jest artystką, maluje. Poznali się gdzieś po drodze. Julian dobrego zdania o naszych rodakach niestety nie ma. Brak tolerancji, fanatyzm religijny. Ciężko się nie zgodzić. Naprawdę miło spędzamy czas. Choć sami jesteśmy raczej typami samotników i daleko nam do dusz towarzystwa, to podoba nam się klimat miejsca. A podobno im dalej na południe tym lepiej.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3