Miasta nie moje a w nich…

20140211_santiago_de_chile-13

Na wstępie chciałbym napisać, że trochę żałuję, iż nie mieliśmy okazji przyjrzeć się chilijskiemu miastu z bliska. Być może moje obserwacje są przez to nie do końca trafne. Jazda rowerem bardzo dużo zmienia. Cóż… coś za coś. Zostawiam chaotyczny zlepek myśli i spostrzeżeń.

Pierwszym miastem, do którego trafiamy po pustynnej odysei jest Antofagasta. W pamiętniku zanotowałem dosłownie kilka krótkich zdań. Na ulicach sterty śmieci. Uderza widok bezdomnych toczących cały swój dobytek w sklepowych wózkach. Ciężkie historie wypisane na ludzkich twarzach. Nie wiem, być może po prostu w taką część miasta akurat trafiliśmy. W wielu miejscach polityczne hasła nawołują do walki o równość. Wiele z nich przypomina o czasach Allende i potrzebie rozliczenia z przeszłością. Również street-art nie pozostaje obojętny.

Pominę nieistotne fakty związane z 1300-kilometrową podróżą i użeraniem się z obsługą autobusu i od razu przeniosę nas do Valparaíso. Baza chilijskiej marynarki wojennej, ważny port, siedziba parlamentu, miasto wielokrotnie nękane trzęsieniami ziemi. Rozsiane po okolicznych wzgórzach kolorowe domki od razu przypadają nam do gustu. Strome, urokliwe, wąskie uliczki, liczne kawiarenki i sklepiki. Kolorowo nie tylko jeśli chodzi o budynki. Z lokali dobiega muzyka, w porcie produkuje się masa różnej maści artystów ulicznych. Obok jednego z reprezentatywnych placów, przy budynku marynarki wojennej z dumą prężą się żołnierze. 50 metrów dalej pani lekkich obyczajów pomaga podnieść się mocno zachwianemu mężczyźnie, który wylądował w zawartości swojego żołądka. Warto wspomnieć o niedzielnym targu staroci. Ogólnie rzecz biorąc barwnie.

W końcu przychodzi kolej na stolicę. Nie wiem czemu, ale Santiago de Chile od razu skojarzyło nam się z Warszawą. Miejscami podobna architektura, wszechobecne reklamy, zaganiani, dumni santiaguinos. Dużo większy tłok i mimo wszystko ładniej niż u nas. Tutaj bomby spadały tylko raz w historii, w dodatku jedynie na pałac prezydencki La Moneda. Przez brak czasu poznaliśmy jedynie mały fragment Santiago. No dobra przez brak czasu i spotykanych ludzi (a co za tym idzie procenty), bo jakoś tak się złożyło, że w hostelu spaliśmy tylko raz. Tak czy tak zapamiętam Santiago jako miasto wróżbitów i moteli w cenie od 6.900 chilijskich pesos za 3 godziny.

Ekonomicznie Chile ma się naprawdę dobrze. Wzrost gospodarczy, który zaskoczył wszystkich analityków nie oznacza, że wszystkim żyje się łatwo. W miejscach typowo turystycznych na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało cacy. Miejsca takie jak Antofagasta nie kryją społecznych nierówności. Nawet nasi rozmówcy, którym raczej niczego nie brakuje, wspominają o tym, że przepaść pomiędzy biedą a klasą średnią bardzo się ostatnio pogłębiła (o najbogatszych nie ma co nawet wspominać). Świadomość problemu istnieje. Pytanie tylko, czy przy tak wygodnym życiu, dostępie do wszystkich „dóbr” współczesnego świata, chce się nam coś z tym zrobić.

Ludzie coraz częściej zapraszają nas do siebie. Przemykamy przez cudze, poukładane życie. Własna rodzina, dom, czysta pościel, regularna praca. Jeszcze nie teraz. Jutro też nie…

Jedną ze spotkanych osób był Stefan – Belg, który w latach 90-tych zjechał rowerem cały świat. Oprócz zdjęć dzieci, na ścianie wiszą obrazki z tamtego okresu. Mamy szczęście usłyszeć bardzo ciekawe opowieści. Poczułem ogromną potrzebę jazdy. Idealnie się składa, bo Patagonia tuż za progiem. Lasy, góry, rzeki, jeziora. Z dala od miast. Nareszcie.

„No, nareszcie jesteśmy w domu! – tak z ulgą powiedział Lalo. Ściągnął z grzbietu koszulinę, pochylił się, zagarnął wodę wiosłem raz i drugi. Na plecach, pod gładką, na brąz opaloną skórą zagrały mięśnie zwierając się w wysiłku, a niknąc, gdy pióro wiosła zataczało łuk w powietrzu – naprzód. Obejrzał się, pokazał zęby w szerokim uśmiechu. Był szczęśliwy. Ja także.
- Prujemy, Lalo!
- Prujemy!
Co oznaczało to ‚nareszcie w domu?’ Ano, wypłynęliśmy z portu Posadas, pozostawiając za sobą zgiełk dni miejskich ze wszystkimi serdecznościami i przyjęciami, z nastrojem przyjacielskim i rodzinnym, tę przerwę cywilizacyjną w naszej przygodzie. Znów byliśmy na Wielkiej Rzece. Sami, zdani tylko na siebie. Szczęśliwi.”

Wiktor Ostrowski, „Życie Wielkiej Rzeki”

Atacama raz jeszcze

20140127_atacama-34

Wracamy po dłuższej przerwie. Szybkie dwa posty bo czas goni, a rowery non stop domagają się uwagi… Nawet poczytać nie ma kiedy, a co dopiero napisać coś sensownego.

O samym San Pedro de Atacama nie ma co za bardzo wspominać. Tłumy turytów plus cała infrastruktura przygotowana z myślą o ich portfelach. Strasznie drogo, wokoło pustynia, brak jakichkolwiek alternatyw. Choć ostro główkujemy jak na własną rękę dotrzeć nad gejzery El Tatio, ostatecznie terminy zmuszają nas do skorzystania ze zorganizowanej wycieczki. Nie ma nawet co opowiadać. Same gejzery nie robią jakiegoś piorunującego wrażenia, ludzi masa… Jednogłośnie postanawiamy zrezygnować z części planowanych atrakcji i podziwiać okolicę z perspektywy 2 kółek. Sakwy zapełniają się jedzeniem i wodą, po południu tego samego dnia suniemy w kierunku Laguna Cejar. Namiot rozbijamy kilka kilometrów od celu. Z jednej strony horyzont naznaczony ostatnim tchnieniem dnia, z drugiej odcinające się na tle błyskawic wulkany, nad głowami wściekle rozgwieżdżone niebo. Magia. Po raz kolejny potwierdza się, że warto włożyć w to wszystko nieco wysiłku. Nad Laguna Cejar docieramy chwilę po 7. Mroźno i jakoś tak nijako. Główną atrakcją tego miejsca jest woda o bardzo dużym zasoleniu. Podobno można się w niej unosić jak w Morzu Martwym, jednak nie przyjechaliśmy się tutaj kąpać. Strażnicy jeszcze śpią, niespecjalnie jest za co płacić, więc nie ma co ich budzić :)

Zadziwiające jest jak zróżnicowana jest roślinność na pustyni. Liczne porosty, krzewy, a w niektórych miejscach nawet drzewa są idealnym dopełnieniem tego niesamowitego obszaru. Popołudnie spędzamy w miasteczku Toconao. Skwar taki, że nie ma co nawet myśleć o dalszej jeździe. Przed 19 docieramy do Laguna Chaxa. Dobrą godzinę zabrał nam ostry wiatr wiejący idealnie w twarz. Za zgodą strażników zostajemy na noc. Specyficzna konfiguracja nacierających na siebie mas powietrza doprowadziła do powstania postrzępionych, ostrych jak brzytwa formacji solnych. Choć na pustyni Atacama w wielu miejscach nigdy nie odnotowano opadów, otacza nas woda (zasługa ulewnych deszczów w Andach). Ponownie sami, piękny zachód Słońca, flamingi. Rano powtórka z rozrywki, do tego ptaki bliżej brzegu, jakoś mniej płochliwe. Warto. Przez ostatnie 2 dni trochę się umordowaliśmy, nie będę zanudzał. Po ponad 200 km łapiemy podwózkę – idealnie, bo skończył się salar, a zaczęły podjazdy.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2