20140409_fitz_roy_cerro_torre-5

Park Narodowy Los Glaciares, największy obecnie park narodowy Argentyny, jest jednym z najpopularniejszych miejsc na turystycznej mapie kraju. Nie bez powodu. Zdominowany przez lód, który zajmuje ponad 30% z jego ponad 700 tys. ha powierzchni, cieszy oko pięknymi górami i jeziorami. Odpoczęli 2 dni, czas troszkę pomaszerować. W El Chalten zaczynają się szlaki do dwóch głównych atrakcji północnej części parku – gór Fitz Roy oraz Cerro Torre. Można je obejrzeć w ciągu 2 dni (wracając na noc do miasta), jednak my pakujemy namiot i realizujemy wersję przedłużoną. Trekking łatwy i przyjemny. Jedyny stromy fragment to końcowe, godzinne podejście do Laguna de los Tres, skąd podziwiać można strzeliste formacje Fitz Roya. Pomimo tego, że również w Argentynie skończył się sezon wakacyjny, na szlaku sporo ludzi. Strach pomyśleć co dzieje się podczas wakacji. Po 4 godzinach marszu jesteśmy na miejscu. Fitz Roy urzeka pięknem. Uderzyło we mnie coś dziwnego, kiedy podczas przeprawy rowerowej przez granicę zobaczyłem go po raz pierwszy. Może to kwestia mocno popołudniowego, bocznego światła, jednak było w tym coś nierealnego, baśniowego. Jakby nie pasował do otaczającego go świata, był tworem z innego wymiaru. Który to już raz mamy szczęście z pogodą. Podobno bywają długie okresy, kiedy można podziwiać co najwyżej deszczowe chmury.

Pogoda psuje się drugiego dnia, jednak nie specjalnie jest się czym martwić bo na Cerro Torre i tak mamy cały trzeci dzień. Na polu namiotowym, oprócz naszego, tylko jeden namiot. Skutecznie wszystkich wywiało. Prognoza pogody podobno obiecująca. Jak to bywa z prognozami, nie do końca się sprawdza, bo wita nas padający śnieg… Zamiast wracać do El Chalten zaszywamy się w śpiworach i nadrabiamy książkowe zaległości. Po 3 godzinach przez powłokę namiotu wpadają pierwsze promienie słoneczne – do wyjścia długo nie trzeba nas namawiać… Powiem szczerze, że gdyby się nie wypogodziło, nie byłbym w stanie powiedzieć, w którym miejscu znajduje się Cerro Torre. Nie odrobiłem pracy domowej, co zdarza mi się dość często, odkąd jeździmy rowerami. Warto było poczekać…

Nie tracimy czasu i kolejnego dnia po powrocie ruszamy w kierunku El Calafate. Wszyscy rowerzyści opowiadali nam z jakim wiatrem musieli się zmagać jadąc z południa. Zacieramy ręce, niesłusznie jak się później okazuje, bo wiać w plecy faktycznie wiało, ale jedynie przez jakieś 30 km. Później jak już wiało to w twarz… Ponad 230 km pampy, teoretycznie nic ciekawego, jednak według mnie (nasze zdania w tej kwestii są podzielone) pięknie. Przedziwne skaliste formacje, rzeki o turkusowych wodach, stada guanacos, strusie ñandú, konie… Coś mi się wydaje, że komuś najzwyczajniej w świecie nie chciało się pedałować.

El Calafate jest główną bazą wypadową na lodowiec Perito Moreno. Po drodze kilkakrotnie słyszeliśmy, że wycieczka statkiem, który odwiedza okoliczne lodowce to bardzo dobrze zainwestowane pieniądze. Zawsze z rezerwą podchodzę do użytego w poprzednim zdaniu słowa, co chyba zresztą widać po wpisach. Na wycieczkach fajnie było może w szkole podstawowej… Skoro jednak ludzie podróżują w podobny sposób jak my i nie żałowali 100 USD od osoby, to może jednak coś w tym jest? Oszczędzaliśmy, płacimy więc grzecznie i ruszamy razem z milionem innych pasażerów by podziwiać lodowe olbrzymy z perspektywy pokładu promu. Podczas 7-godzinnego kursu docieramy do trzech lodowców: Upsala, Spegazzini oraz Perito Moreno (po drodze widać mniejsze, nie sięgające tafli wody). Pierwszy z nich, ze względu na góry lodowe, oglądać można jedynie ze sporej odległości. Ostatecznie i tak to właśnie słynny Perito Moreno robi największe wrażenie. Sądząc po zdjęciach w sieci, widok jest o wiele lepszy z brzegu. Nie ma też ograniczenia czasowego, więc po co przepłacać? No chyba, że ktoś chce się napić whiskey z lodem z lodowca, albo zrobić sobie tysiąc zdjęć na statku, które przyprawią o mdłości rodzinę i znajomych. Obejrzeliśmy sobie ostatnio zdjęcia pewnych rowerzystów z trekkingu po lodowcu. Najpierw namówili nas na statek, po czym sami buszowali w błękitnych formacjach. Spokojnie jeszcze się spotkamy i policzymy ;) Proszę się jednak nie sugerować naszą opinią. Sami wielokrotnie przekonaliśmy się o tym, że nie warto. Dla jednego coś będzie cudownym przeżyciem, dla drugiego zamarzniętą wodą. Przy kwocie, którą zainwestowaliśmy, czujemy lekki niedosyt. Następnym razem oszczędzam na wypad kajakiem!

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2