Atacama raz jeszcze

20140127_atacama-34

Wracamy po dłuższej przerwie. Szybkie dwa posty bo czas goni, a rowery non stop domagają się uwagi… Nawet poczytać nie ma kiedy, a co dopiero napisać coś sensownego.

O samym San Pedro de Atacama nie ma co za bardzo wspominać. Tłumy turytów plus cała infrastruktura przygotowana z myślą o ich portfelach. Strasznie drogo, wokoło pustynia, brak jakichkolwiek alternatyw. Choć ostro główkujemy jak na własną rękę dotrzeć nad gejzery El Tatio, ostatecznie terminy zmuszają nas do skorzystania ze zorganizowanej wycieczki. Nie ma nawet co opowiadać. Same gejzery nie robią jakiegoś piorunującego wrażenia, ludzi masa… Jednogłośnie postanawiamy zrezygnować z części planowanych atrakcji i podziwiać okolicę z perspektywy 2 kółek. Sakwy zapełniają się jedzeniem i wodą, po południu tego samego dnia suniemy w kierunku Laguna Cejar. Namiot rozbijamy kilka kilometrów od celu. Z jednej strony horyzont naznaczony ostatnim tchnieniem dnia, z drugiej odcinające się na tle błyskawic wulkany, nad głowami wściekle rozgwieżdżone niebo. Magia. Po raz kolejny potwierdza się, że warto włożyć w to wszystko nieco wysiłku. Nad Laguna Cejar docieramy chwilę po 7. Mroźno i jakoś tak nijako. Główną atrakcją tego miejsca jest woda o bardzo dużym zasoleniu. Podobno można się w niej unosić jak w Morzu Martwym, jednak nie przyjechaliśmy się tutaj kąpać. Strażnicy jeszcze śpią, niespecjalnie jest za co płacić, więc nie ma co ich budzić :)

Zadziwiające jest jak zróżnicowana jest roślinność na pustyni. Liczne porosty, krzewy, a w niektórych miejscach nawet drzewa są idealnym dopełnieniem tego niesamowitego obszaru. Popołudnie spędzamy w miasteczku Toconao. Skwar taki, że nie ma co nawet myśleć o dalszej jeździe. Przed 19 docieramy do Laguna Chaxa. Dobrą godzinę zabrał nam ostry wiatr wiejący idealnie w twarz. Za zgodą strażników zostajemy na noc. Specyficzna konfiguracja nacierających na siebie mas powietrza doprowadziła do powstania postrzępionych, ostrych jak brzytwa formacji solnych. Choć na pustyni Atacama w wielu miejscach nigdy nie odnotowano opadów, otacza nas woda (zasługa ulewnych deszczów w Andach). Ponownie sami, piękny zachód Słońca, flamingi. Rano powtórka z rozrywki, do tego ptaki bliżej brzegu, jakoś mniej płochliwe. Warto. Przez ostatnie 2 dni trochę się umordowaliśmy, nie będę zanudzał. Po ponad 200 km łapiemy podwózkę – idealnie, bo skończył się salar, a zaczęły podjazdy.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current day month ye@r *