Boliwia – jedziemy

20140917_w_drodze_do_la_paz-29

ja: Nie wierzę, znowu wieje prosto w twarz.
sklepikarz: K***a… (chwila przemyśleń i analiz) Około 12-13 będzie wiać w przeciwną stronę.

- poranna rozmowa ze sklepikarzem na wyspie Incahuasi

Jasne. Jedna zasada – albo nie wieje, co zdarza się rzadko, niemal wcale, albo wieje prosto w mordę (przepraszam za słownictwo, ale wystarczą 2 dni gromadzenia przeplatających się warstw kremu i brudu i twarzą ciężko to już nazwać). Zaczęło się źle już w Argentynie. „Wspinanie się” w palącym słońcu, po niemal 2-miesięcznej przerwie, okazało się być kiepskim pomysłem i już po 2 dniach zaliczyłem przymusowe, kilkudniowe leczenie i odpoczynek. Przez kilka kolejnych dni, w zasadzie do Tupiza, jechało się całkiem nieźle. Irytować zacząłem się mniej więcej, kiedy przyszedł czas na Salar de Uyuni.

Pierwszego dnia po wyjeździe z miasta zaplanowałem dotrzeć do Isla Incahuasi (ok. 90 km). Życie w postaci silnego wiatru szybko zweryfikowało moje plany. Piach w oczy (dosłownie i w przenośni). Nie wiem ile dokładnie zajęło mi pokonanie 23 kilometrów do „wjazdu” na największe solnisko świata, wiem tylko, że ledwo żywy, obojętny na wszystko, już prawie zdecydowałem się rozbić namiot za murkiem na tyłach maleńkiego miasteczka. Nie będę przeciągał. Tak wyglądała niemal cała moja trasa przez Boliwię. Wiatr, długie dni w towarzystwie kamieni i piachu zamiast dróg, samotność. Fizycznie i chyba mimo wszystko psychicznie nie byłem na to dobrze przygotowany. Wszystko to nic – wystarczyło wyjść w nocy z namiotu, spojrzeć na bajecznie rozgwieżdżone niebo, by szybko zapomnieć o wszystkich trudach dnia… Było trochę jak z moim wędkowaniem na Wiśle. Im bliżej końca dnia, tym bardziej wyzywa się człowiek od najgorszych po to tylko, by rano wstać i z radością zacząć od nowa.

Witamy w Boliwii

20140917_w_drodze_do_la_paz-15

Im bardziej pożądany był dany produkt na rynku światowym, tym większe nieszczęście cierpiał przezeń lud Południowej Ameryki, który go wytwarza.

Eduardo Galeano, „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej”

Ostatnia część podróży, ze względu na różne czynniki niestety dość krótka. Szkoda, bo w wielu kwestiach Boliwia to wizytówka całego kontynentu. Na tle innych państw południowoamerykańskich jest krajem, któremu najlepiej udało się zachować swą rdzenną tożsamość. Wiele przeszczepów z Zachodu zostało tu odrzuconych. Doskonałym przykładem jest McDonald’s, który w obu Amerykach, jedynie w Boliwii musiał zwijać interes. Ponad połowę populacji wciąż stanowią autochtoni. Po ulicach kroczą doñas w swoich tradycyjnych strojach. W przerzuconych przez plecy kolorowych kocach taszczą swoje potomstwo i towary na handel. Duże przywiązanie do tradycji widać wśród ludzi młodych.

Podczas, gdy życie w miastach niemal wszędzie wygląda podobnie, tak na wsi jest to już zupełnie inna para kaloszy. W wielu trudno dostępnych miejscach przez ostatnie stulecia w zasadzie niewiele się zmieniło. Podstawą handlu jest wymiana dóbr i usług, pieniądze są jedynie łącznikiem ze światem „zewnętrznym” poza daną społecznością. Wciąż żywy jest kult Pachamama – Matki Ziemi. Ziemia i ludzie stanowią nierozerwalną jedność, to właśnie ziemia rodzi pokarm, który pozwala przeżyć. Siła zwierząt oraz własnych dłoni wciąż są tutaj głównym narzędziem służącym do uprawy roli. W konfrontacji z niegościnnym Altiplano poległo wiele maszyn, nie tylko rolniczych. Na takiej właśnie arenie rozegrały się smutne, charakterystyczne dla całego kontynentu sceny.

Boliwia będąc jednym z najbogatszych pod względem zasobów naturalnych krajów świata, od dawna piastowała smutną rolę najbardziej zubożałego kraju Ameryki Łacińskiej. Wyzysk rozpoczęty został przez hiszpańskich konkwistadorów w XVI wieku i trwał nieprzerwanie przez kolejne stulecia. Srebro pochodzące z Cerro Rico w Potosí napędzało hiszpańskie imperium przez dwa stulecia. W czasach bardziej nam współczesnych Boliwia stała się poligonem działań międzynarodowych instytucji zdominowanych przez Stany Zjednoczone z Bankiem Światowym oraz Międzynarodowym Funduszem Monetarnym na czele. Reformy ekonomiczne będące warunkiem uzyskania pomocy, prowadziły do prywatyzacji zasobów naturalnych oraz krajowych przedsiębiorstw, ograniczenia wydatków na podstawowe potrzeby społeczne, czy podniesienia podatków w celu spłacenia zadłużenia. Ostatecznie wszystko to najbardziej dotyka najbiedniejszych. W 2003 roku w ubóstwie żyło około 65% Boliwijczyków. 41% w skrajnej nędzy, co oznacza, że 1,25 dolara (dzienne minimum potrzebne w tym czasie na zaspokojenie podstawowych potrzeb) było dla nich nieosiągalne. W obliczu korupcji i służalstwa swojego rządu, Boliwijczycy wielokrotnie wychodzili na ulice. Tak było w m.in. w przypadku prywatyzacji i podniesienia cen niezbędnej do życia wody, obniżenia cen gazu transportowanego do Stanów Zjednoczonych przez Chile, czy nałożenia podatków na najbiedniejszych. Krwawe, brutalnie tłumione bunty niemal zawsze prowadziły do pozytywnych zmian. W zderzeniu z siłą ludu poległ m.in. gigant taki jak Bechtel.

Apogeum niezadowolenia było wybranie w 2005 roku Evo Moralesa na prezydenta. Z niemal 54% głosów, lider M.A.S. (Movimiento al Socialismo) został pierwszym rdzennym, pochodzącym z ludu Aymara prezydentem w historii kraju. Wychowany w biedzie, od lat związany z tępionymi przez politykę Stanów Zjednoczonych uprawami koki, stał się symbolem zerwania jarzma polityki neoliberalnej i poprawy życia boliwijskiej biedoty. Wygląda na to, że w ciągu ostatnich lat wiele się zmieniło. Z rozmów wynika, że ludziom faktycznie żyje się lepiej i zmiany to nie tylko suche liczby na papierze. Zdecydowane poparcie Moralesa oraz wybór na drugą i trzecią kadencję (2009 ~64% poparcia, 2014 ~60% poparcia) wydają się potwierdzać wszelkie słupki w statystykach. Trafiłem na końcówkę kampanii wyborczej i muszę przyznać, że mają rozmach. Wiece, które się tutaj organizuje, są przy naszych rodzimych mniej więcej takie, jak gestykulacja nieżyjącego już Hugo Cháveza przy mowie ciała Bronisława Komorowskiego.

Po przekroczeniu granicy, jakby za niewidzialną ścianą zaczyna się zupełnie inny świat. Niesamowity koloryt, zgiełk i pozorny chaos to coś, czego od dawna mi brakowało. Witamy w Boliwii.

20140610_buenos_aires-117-2

Mam na swojej liście klika dużych miast, w których zawsze chciałem choć chwilę pomieszkać. Jednym z nich jest Buenos Aires. Początkowo miało być krótkim przystankiem, w sumie wciągnęło mnie na 2 miesiące. Momenty pracy nad filmem przeplatałem nicnierobieniem, jeżdżeniem na rowerze i włóczeniem się z aparatem. Jedno słowo będzie mi się zawsze kojarzyć z tym miastem. Labirynt. Architektoniczny, ludzki, ideologiczny. Po São Paulo w Brazylii to największa metropolia Ameryki Południowej. Pomiędzy piętrzącą się w górę, pomieszaną stylowo architekturą, po wąskich uliczkach przetacza swój żywot ludzkie mrowie w liczbie 15 milionów istnień. Choć podstawą są wpływy europejskie, miasto stanowi doskonały przekrój całej Ameryki Łacińskiej (do tego dochodzi szczypta Azji i Afryki). Nie będę pisał o atrakcjach, jakie Paryż Ameryki Południowej oferuje turystom. Może tylko tyle, że nie zawodzą.

Napiszę za to o kilku bardziej istotnych z mojej perspektywy kwestiach. Ze wszystkich odwiedzonych dotychczas miejsc Buenos Aires było chyba najbardziej kontrastowe. Przeciska się człowiek w gąszczu walczących o lepszy byt emigrantów i walających się na ulicy śmieci, by za kilka przecznic znaleźć się w otoczeniu modnie ubranych, bogatych Argentyńczyków zastanawiających się gdzie zjeść dzisiaj obiad. Bezdomni śpiący niemal pod drzwiami drogich restauracji, villa miseria (tutejsze określenie slumsu) z biurowcami i nowoczesnymi budynkami mieszkalnymi w tle. Podróżnemu, któremu na głównym terminalu Buenos Aires przyszłoby do głowy za dużo myśleć, osiedle nędzy przesłaniają reklamy gwarantujące najniższe ceny i darmowe szczepionki. W wielu miejscach wzniesiono mur zasłaniający niewygodną prawdę. Odniosłem wrażenie, że jedynie przed turystami, bo w bardzo wielu dziedzinach Argentyńczyków cechuje duża świadomość (może po prostu na takich ludzi trafiłem). W rozmowach, w prasie i na murach budynków bardzo często pojawiają się tematy związane z juntą, desaparecidos czy polityką obecnego rządu. Jednym z najważniejszych miejsc stolicy Argentyny jest Plac Majowy – otoczone ważnymi budynkami rządowymi epicentrum życia politycznego kraju. To właśnie tutaj w każdy czwartek zbierają się Matki z Placu Majowego, które nie ustają w poszukiwaniach potomków swoich ‚znikniętych’ dzieci oraz w walce o rozliczenie czasów dyktatury wojskowej. Dzień i noc stacjonują tu walczący o swoje racje kombatanci wojny o Falklandy-Malwiny, niemal każdego dnia organizowane są różne manifestacje. Wysokie, przenośne bramki ułatwiające kontrolę tłumu są stałym elementem wtopionym w krajobraz placu.

Coraz częściej chodzi za mną przekonanie, że ciężko jest poznać dany kraj odwiedzając jedynie atrakcje typowo turystyczne. W końcu jest tak, że to właśnie ludzie są esencją miejsca, a właśnie ci ‚zwykli’, ‚szarzy’, zmagający się z codziennymi problemami wnoszą dużo więcej do naszej podróży. Nie potrafią przywitać nas w 10 językach, nie chcą wydoić naszej kieszeni i często mają do przekazania coś wartościowego. Przy tej okazji słów kilka o bezpieczeństwie. Przed wizytą w Buenos Aires wiele się nasłuchaliśmy o zagrożeniach, jakie będą na nas czyhać. Choć stolica Argentyny była chyba pierwszym miejscem, gdzie zaważyłem żywsze zainteresowanie aparatem, czy rowerem, wciąż uważam, że zachowując podstawowe środki ostrożności, nieprzyjemnych sytuacji możemy uniknąć niemal wszędzie. Jasne, że można dostać w zęby na kolorowej Boca, ale po zmroku i z dala od słynnej Caminito. Na eleganckiej Recoleta trzeba co najwyżej uważać, aby jakaś męska dłoń nie klepnęła cię po tyłku. A jak ktoś dopiero co wyszedł z salonu North Face’a, zahaczając przy okazji o salon Nikona i niepotrzebnie prowokuje swym wyglądem, to prędzej czy później dopadnie go przeznaczenie, bez względu na to gdzie sobie spaceruje.

Słyszałem, że Argentyńczycy nie potrafią tańczyć tango. Niektórzy jednak potrafią, a już z pewnością w Buenos Aires. Taniec można obejrzeć na kilka sposobów. Najłatwiej po prostu zapłacić za tzw. cena show (kolacja z przedstawieniem). Tańczących można również obejrzeć na ulicy, np. na Plaza Dorrego podczas niedzielnego targu staroci i rękodzieła. Udręczone twarze uśmiechających się cały dzień pod publikę tancerzy przywodzą tu jednak na myśl konie pracujące w zaprzęgach nad Morskim Okiem, więc niekoniecznie warto. Warto za to wybrać się do klubu milonga, gdzie ludzie tańczą sami dla siebie. Zarówno teoria jak i praktyka wyklucza mnie z jakiegokolwiek odnoszenia się do samego tańca, mogę jednak powiedzieć, że emocje wymalowane na twarzach tańczących zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

W Buenos Aires przyszło mi oglądać najważniejsze mecze Mundialu. Dużo się mówi o południowoamerykańskiej miłości do piłki. Z mojego punktu widzenia w Argentynie fanatycznie jest jedynie w przypadku piłki klubowej. Po tym co się stało z tym sportem w ciągu ostatnich 20 lat, nie ma się w sumie co dziwić (choć piłka klubowa to dziś również niewiele więcej niż cyfry). Wielka reprezentacyjna mobilizacja była dopiero podczas finału. Część tłumu zwracała swoje nadzieje jeszcze przed meczem, po meczu było jeszcze gorzej. Szybko zrozumiałem, że lepiej będzie usunąć się w cień i nie ryzykować omyłkowego posądzenia o więzy krwi z naszym zachodnim sąsiadem. Następnego dnia słuszność tej decyzji potwierdził stan witryn sklepowych przy głównej alei miasta.

Zostawiam Buenos Aires z całym swym kolorytem i chyba jakąś cząstką siebie. Po raz pierwszy czuję, że udało mi się nasiąknąć Argentyną, tak jak było to wcześniej z Peru czy Chile. Jednocześnie uświadomiłem sobie jak słabo znam swoją ojczyznę. Wracam do domu. Uspokajam – zarówno tych, których to może ucieszyć, jak i tych, którym to nie w smak – przez Boliwię. Do niezbyt rychłego napisania.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. ...
  10. 24