20140701_misiones-4

Mało kto rozumie sytuację, wszyscy oślepli, mają przed oczami tylko kolorowe punkty. Musimy jakoś przeciwstawić się tej piwno-telewizyjnej pseudokulturze, która się tu wytworzyła. Czy nie zastanowiłeś się, dlaczego oni poją nas piwem i karmią tanią masową rozrywką? Jedno i drugie zawiera ten sam podstawowy składnik: ogłupiacz!

Janusz A. Zajdel, „Limes Inferior”

Pierwotnie w prowincji Misiones mieliśmy spędzić większą część czasu, którym dysponował mój brat. Na chwilę przed jego przylotem region zaczęły nękać powodzie i z początkowego planu musieliśmy zrezygnować. Nad zamkniętymi dla ruchu turystycznego wodospadami Iguazú odnotowano nowy rekord przepływu wody (ponad 30-krotnie wyższy niż normalnie!). Finał był taki, że zostało nam kilka dni, które pozwoliły nam przez Misiones jedynie „przemknąć”.

Kiedy wspominałem powieszoną w naszym pokoju mapę Ameryki Południowej, wyobrażałem sobie, że znowu będzie okazja poczuć niepowtarzalny klimat wilgotnego, południowoamerykańskiego lasu, z którym mieliśmy do czynienia w północnym Peru. Mapa zielona i tam, i tutaj. Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy podczas podróży z Salty, pomimo topniejącej odległości, jakoś nie chciała nam się nam ta selva ukazać. Jakoś tak dziwnie, jakby ktoś wszystko dookoła wybrakował. I co tu do cholery robią sosny?! Owszem ludzie się zmienili, ziemia jakaś taka czerwona, nawet zielono trochę, zdecydowanie daleko jednak od obrazów w mojej głowie.

Sosny, o których wspomniałem to nic innego, jak uprawy zorientowane na produkcję celulozy. Szacuje się, że w XX wieku w Argentynie zniknęło 70% rodzimych lasów. Konsekwencją wylesiania, oprócz zubożałej gleby i ginącej fauny, jest migracja rdzennej ludności, która często nie radzi sobie w zderzeniu z miejską dżunglą i kończy w skrajnej biedzie na obrzeżach wielkich ośrodków miejskich. „Zielone płuca” naszej planety pochłania żarłoczny nowotwór. Właśnie z nowotworem kojarzyły mi się zawsze widok rozświetlonych obszarów silnie zurbanizowanych widziany z perspektywy samolotu. Staliśmy się pasożytami, którym chęć zysku oślepiła do tego stopnia, że nie widzimy prostych zależności. Jeśli się nie opamiętamy, pozostaną dwie drogi – śmierć żywiciela (a co za tym idzie śmierć pasożyta), bądź samoleczenie (bo każdy żywy organizm, a takim jest Ziemia, ten niesamowity dar posiada), które polegać będzie na zlikwidowaniu źródła „choroby”, z jaką zmaga się nasza planeta. Obie możliwości są dla nas mało optymistyczne. Miejsca, w których było dotychczas zielono, szybko pokrywają się m.in. monokulturowymi uprawami genetycznie modyfikowanych roślin. Mydlą nam oczy walką z głodem na świecie, podczas gdy chodzi jedynie o zysk. Zresztą nie muszą się jakoś specjalnie wysilać, bo każdy i tak zajęty jest lajkowaniem idiotycznych postów swoich wirtualnych znajomych, z którymi ostatni raz chciało mu się spotkać w cztery oczy, zanim wymyślono Internet.

Później, już w Buenos Aires, poznałem dziewczynę, dla której lasy prowincji Misiones były w dzieciństwie „placem zabaw”‚. Niech podsumowaniem obecnej sytuacji będzie fakt, że płacze zawsze, kiedy widzi do jakiego stanu doprowadzono ziemię, na której dorastała.

Zyski z turystyki na szczęście stoją jeszcze w niektórych miejscach na straży zielni. W otoczeniu chronionych prawem lasów, u zbiegu granic Argentyny i Brazylii podziwiać można jeden z najpiękniejszych pomników przyrody – wodospad Iguazú. Wody rzeki Iguaçu, na krótko przed zasileniem rzeki Parana, spadają z hukiem kilkadziesiąt metrów w dół. Ogromna ilość progów i skalnych wysepek dzieli wodospad na wiele mniejszych kaskad. Całość ma niemal 3 kilometry szerokości. Warto być na miejscu tuż przed otwarciem – im później tym tłoczniej.

W drodze powrotnej do Buenos Aires odwiedzamy jeszcze ruiny misji San Ignacio Miní. Choć z bogato zdobionych budynków pozostało stosunkowo niewiele, w połączeniu z intensywną zielenią i czerwienią ziemi wciąż stanowią klimatyczną mieszankę. Prowadzone przez Jezuitów w XVII i XVIII wieku tzw. reducciónes były z ważniejszych zjawisk w regionie. Głównym celem redukcji misyjnych było nawracanie społeczności indiańskich na „jedyną słuszną wiarę”. Trzeba jednak przyznać, że oprócz tego miejsca te dawały schronienie przed niewolnictwem oraz przyzwoite warunki do życia. Następstwem przejścia części ziem z rąk Hiszpańskich pod panowanie Portugalii była likwidacja misji, niejednokrotnie z użyciem siły. To tak w dużym skrócie. Historię redukcji misyjnej, która powstała na terytorium Indian Guarani, obejrzeć można w znakomitym filmie z Robertem De Niro w roli głównej i genialną muzyką Ennio Morricone („Misja”, 1986 r.).

Argentyńskie dziwy

20140602_quebrada_de_las_conchas-11

Są takie miejsca na Ziemi, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie przebywał za dużo na słońcu i wzrok nie płata mu figla. Do miejsc takich należą z pewnością argentyńskie quebradas. O tym jak niezwykłe i unikatowe to miejsca może świadczyć fakt, że nie znajdziemy ani polskiego, ani angielskiego odpowiednika dla określenia tych niezwykłych formacji (odpowiedniki owszem istnieją, ale w językach takich jak aymara czy runa simi). Odkąd jazda rowerem stała się przyjemnością samą w sobie, przestałem się nastawiać na to, że Bóg wie co zobaczę. Tym większe było osłupienie w zderzeniu z bogactwem kształtów jakimi działanie wody, wiatru i promieni słonecznych naznaczyło tutaj krajobraz.

W wyniku skomplikowanych procesów geologicznych, paleta i intensywność kolorów daleko odbiega od tego, z czym człowiek styka się na co dzień. Do filmowania używam filtra przyciemniającego, który często przekłamuje kolory. Przez lenistwo nie zdejmuję go podczas robienia zdjęć i muszę później dodatkowo korygować balans bieli. Powiem szczerze, że momentami nie wiedziałem, jak się do tego zabrać.

Świetna trasa na rower. Droga jak w mordę strzelił przecina bajkowy krajobraz. To za co w parkach Ischigualasto i Talampaya trzeba słono płacić (w dodatku nie można w spokoju oka nacieszyć), tutaj dostajemy zupełnie za darmo, bez żadnych limitów.

Zdjęcia sprzed 3 miesięcy (Quebrada de las Conchas, Quebrada de Humahuaca, Quebrada de Las Flechas). Właśnie wylądowałem tutaj po raz trzeci i jest to chyba dobry moment na nadrobienie zaległości.

Film z Chile

Ola od niemal miesiąca w Polsce, brat też już wyjechał. Sam zostałem. Jakoś tak strasznie dziwnie… Wygląda na to, że powoli wszystko zmierza w kierunku powrotu… O powrotach jeszcze będzie, tymczasem film z Chile, który w końcu miałem czas zmontować. Minęły niecałe 3 miesiące, a wydaje się jakby wszystko działo się lata temu. Przyznam szczerze, że parę razy serducho zabiło jakoś tak inaczej…

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. ...
  10. 24