20140312_carretera_austral-105

„Przegapicie ostatni prom.”

Słowa belgijskiego rowerzysty wstrząsnęły naszym spokojem, obróciły wszystko o 180 stopni. Cały czas wydawało nam się, że promy z Villa O’Higgins kursują cały rok. Nic bardziej mylnego – ostatni odpływa 5 kwietnia. Później przez wiele miesięcy wielkie nic. Jest jeszcze inna opcja – paso Río Mayer, przejście graniczne które wymaga przenoszenia roweru „na plecach” przez las. Mina Oli mówi wszystko, nie ma wyjścia – trzeba zdążyć przed piątym.

Pomimo tego, że całą energię zużywamy na jazdę, nie ma szans na przebycie pozostałej drogi na rowerach. Z obliczeń wynika, że trzeba skorzystać z podwózki. Po ponad 1600 km pakujemy rowery na pakę pickupa, który skraca pozostały dystans o całe 116 km. Z początku byłem trochę zły, później było mi jakoś tak smutno. Gdyby nie 4 dni bezsensownie nadłożone w San Carlos de Bariloche, gdyby nie lodowiec itd… „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka. Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka” jak śpiewał wieszcz Kazik. Później dotarło do mnie, że przecież pokonanie całej drogi nie było celem samym w sobie. Dwie godziny spędzone w samochodzie szybko uzmysłowiły nam, jak upośledzony jest odbiór otoczenia z perspektywy czterech kółek. Jakby nie patrzeć jest też dobry powód żeby jeszcze wrócić :)

Do Patagonii niepostrzeżenie przyszła jesień. Zabrała kilka stopni ciepła, po czym trąciła zieleń rdzą, żółcią i czerwienią. Puste dotychczas pickupy i ciężarówki wiozą coraz częściej drewno na opał. Nadciąga zima. Podczas gdy ktoś będzie grzał się przy kominku, my po raz kolejny zapniemy poły naszego domku, w którym może nie będzie tak ciepło, ale nie mniej pozytywnie. Zima pozazdrościła już zresztą jesieni, bo co i rusz pokrywa bielą okoliczne szczyty. Jeden dzień zwłoki i na najwyższej przełęczy jechalibyśmy po śniegu.

Pod koniec czuję się jak Phileas Fogg, główny bohater „W 80 dni dookoła świata”. Jest jednak jedna mała różnica. Podczas, kiedy on dzięki zmianom stref czasowych dostaje jeden dzień ekstra, nam poprzez przesunięcie godzin kursowania jednego z promów zabierają kolejne 3 godziny, co w przypadku spóźnienia spowodowałoby stratę całego dnia. Wszystko wyliczone było co do godziny i znów zmuszeni jesteśmy do łapania stopa. Podwózka carabinieros zostaje przerwana napotkanym wypadkiem, jednak przebyte 30 km idealnie ratuje naszą sytuację. Zdążyliśmy. Jeszcze „tylko” przeprawa do argentyńskiego El Chalten i zasłużony odpoczynek.

Podsumowując – było cudownie. Przedawkowany wysiłek, bolące stawy, zimno nie pozwalające spać, jazda z przemarzniętymi dłońmi i stopami, zgubiona wędka, padający obiektyw, rozlatujące się rowery – wszystko to nie było w stanie popsuć nam humorów. Poznaliśmy patagoński wiatr, który sprawia, że jazda z górki wymaga wysiłku jak na podjeździe, nagłymi zrywami rzuca na pobocze, mrozi do kości a w nocy szydzi z konstrukcji naszego namiotu. Jego starszy brat podobno każe kłaść się na ziemi, jednak nie przyszło, i mam nadzieję nie przyjdzie nam się z nim spotkać. Zdarzały się również deszczowe dni odbierające chęć życia. Czasami z nadzieją oczekiwałem na podjazd, który pozwoli się rozgrzać. Bywało, że hamowałem na zjazdach, żeby móc pedałować. Straszne z nas zmarzluchy. Jakby jednak nie patrzeć mieliśmy cholerne (przepraszam za słowo, ale wydaje mi się odpowiednie) szczęście z pogodą. Pod koniec niemal jak latem – bezchmurne niebo, ciepłe dni, noce bez mrozu.

Chilijska część Patagonii jest piękna, momentami wręcz nierealnie. Nie ma monotonii. W moim odczuciu im dalej na południe tym piękniej. Mieliśmy niesamowite szczęście spotkać na swojej drodze wspaniałych, inspirujących ludzi. Bez nich ten okres byłby wybrakowany, niekompletny. Dziękuję.

20140312_carretera_austral-24

Z relacji ludzi dowiedzieliśmy się, że płynął z nami promem. Od strażnika parku, że jest stąd. Poznaliśmy też jego imię – Spot. Niestety sam nie mógł się przedstawić – był niemową, nie potrafił też pisać. Z początku wydawało się, że szuka towarzystwa na chwilę, z czasem zrozumieliśmy, że liczy na ciepły posiłek. W żartach posądzaliśmy go o doping. My na rowerach, on pieszo, zawsze gdzieś przed nami. Nie robił sobie nic z przenikliwego zimna i zacinającego deszczu. Mina mu trochę zrzedła kiedy poczęstowaliśmy go kolacją. Cóż, akurat postanowiliśmy przerobić wszystkie zalegające zapasy. Kiedy my bez kąpieli uciekliśmy do namiotu, gdzie szczękaliśmy z zimna, on brał zimną kąpiel, po czym zasypiał na drewnianym stole. Widać było, że jest tutejszy – nie robiły na nim wrażenia ani majestatyczne alerce – jedne z najstarszych na świecie drzew, ani las spustoszony po wybuchu wulkanu. Żałowaliśmy, że nie może mówić. Wielu potrafi, plecie zupełnie bez sensu, wyrzuca tysiące słów w błoto. On z pewnością opowiedziałby niejedną ciekawą historię. Być może nawet poznał osobiście słynnego Douglasa Tompkinsa, właściciela parku Pumalín, założyciela North Face’a. Myśleliśmy, że kiedy zacznie się fragment z asfaltem, nasze drogi się rozejdą. Nic bardziej mylnego. Coś dziwnego zaczęło się pojawiać w jego zachowaniu, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do miasta. Jak wielu włóczęgów najwyraźniej nie przepadał za skupiskami ludzi. Mimo to, kiedy my suszyliśmy się i odpoczywaliśmy w ciepłym pokoju, on cierpliwie czekał by kontynuować podróż w naszym towarzystwie. Kilkanaście kilometrów za miastem nagle zatrzymał się jadący z naprzeciwka samochód. Okazało się, że kierowca znał Spota, który był wyraźnie niezadowolony ze spotkania. Przebiegł z nami 85 km i chyba miał ochotę na więcej, kiedy nagle przyszło mu wracać.

Oto krótka historia naszego psiego kompana. Nie wiem dokąd dałby z nami radę biec. Być może w jego psim mikroświecie była to wielka wyprawa, być może tylko codzienna rutyna. Podobno często zdarza się, że przyjazne psy biegną przez długi czas za rowerzystami. Od jednej pary usłyszeliśmy o psie bez nogi, który towarzyszył im przez 30 km.

Pierwsza połówka Carretera Austral przebiegała pod znakiem dużego spokoju. Nie będę wdawał się w szczegóły. Nie forsowaliśmy specjalnie tempa. Kiedy zrobiło się naprawdę podle, postanowiliśmy przeczekać jeden dzień. Znalazł się nawet czas żeby „przespacerować” się pod lodowiec. Jak się później okazało były to jedyne odskocznie od pedałowania…

IMG_5942

No i wylądowaliśmy w Argentynie. Znak rozpoznawczy – wszędobylskie materos, które co chwila zalewane są gorącą wodą z termosu. Yerba mate jest najpopularniejszym napojem Argentyńczyków. No teraz chociaż tak trochę jestem u siebie. W krajobrazie zmieniło się w zasadzie niewiele – pięknie jest, co tu dużo mówić. Na jednym z postojów udaje się w końcu posiedzieć nad rzeką. Kiedy namierzam stacjonujące w wodzie pstrągi, od razu dostaję gorączki. Ręce mi się trzęsą, biegam jak opętany. W końcu łowię swojego pierwszego solidnego pstrąga, któremu oczywiście zwracam wolność. Teraz jestem u siebie jeszcze bardziej :) Do miasteczka Junín de los Andes docieramy przy pięknym zachodzie Słońca. Jakoś tak spokojnie jest. Mijamy ludzi na koniach, na ścieżkach sporo biegających. Po ulicach gramoli się sporo starych samochodów, co mnie bardzo cieszy, bo jest taki plan…

Znaczna część naszej trasy to tzw. Camino de los Siete Lagos – droga która wije się pomiędzy malowniczymi szczytami i pięknymi jeziorami. Fotograf krajobrazu chyba by się tutaj nie wysypiał. Jeszcze jakiś czas temu spora część nie posiadała asfaltu. Dziś bez nawierzchni pozostał jedynie niewielki fragment. Mimo to ciągłe podjazdy ostro dają w nam kość. Szybki zjazd i mozolne budowanie wysokości. Podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Niemal nie ma płaskich fragmentów.

O Argentyńczykach w zasadzie niewiele. Trochę śmieszny ten ich hiszpański. Nie jest to już na szczęście taki skok, jak przy opuszczaniu Peru :) Wielu Argentyńczyków ma niemieckie korzenie. Coś jest chyba na rzeczy, bo kobiety mają w sobie ewidentnie coś niemieckiego… Jakoś niespecjelnie odczuliśmy tę ich słynną otwartość. Z pewnością kryzys ostatnich lat zrobił swoje. Lecąca na łeb na szyję wartość argentyńskiego peso sprawiła, że przeciętny Argentyńczyk może się czuć nieco sfrustrowany. Walutą narodową mogą płacić tylko u siebie, za granicą nikt przyjmowaniem jej raczej zainteresowany nie będzie. Kwitnie czarnorynkowy handel dolarem amerykańskim. Przy oficjalnym kursie ~8 peso, na ulicy za jednego dolara dostać można 11 peso.

Nie mogę nie wspomnieć o spotykanych rowerzystach, a tych po wkroczeniu do Argentyny jest coraz więcej. Pomimo dużego wysiłku, zawsze jest czas na wymianę spostrzeżeń i dłuższą pogawędkę. Co ciekawe, spotykamy sporo starszych osób. Widok na oko 65 letniego Australijczyka, czy podobnej wiekiem angielskiej pary napawa optymizmem. Wiele jescze przed nami :)

Po raz pierwszy poczułem się chyba rowerzystą. Podjazdy już nie ciążą. Stały się naturalnym elementem drogi. Ola przestała przeklinać. Czasem, kiedy rusza pierwsza, nie jestem w stanie nadążyć. Maja Włoszczowska będzie miała w przyszłości poważną konkurencję ;) Docieramy do San Carlos de Bariloche, które tak wszyscy zachwalali. Ok, może i ładnie, ale ładniej było chyba mimo wszystko po drodze. W peruwiańskiej selwie mieliśmy zwyczaj popalać mapacho. Spore zapasy tytoniu wylądowały w naszych plecakach. Kiedy zaczęła się poważna jazda, postanowiłem porzucić ten bezsensowny nawyk. Na miejscu, po ponad 3 miesiącach odpaliłem pierwszego papierosa. Nie smakował mi… Posmakowały za to podjazdy, których tyle jest na świecie. Pożyjemy, zobaczymy…

Po 2 dniach odpoczynku ponownie wsiadamy na nasze jednoślady. Przyszło wracać po części tą samą trasą (niemal 100 km), bo prom, którym chcieliśmy dobić do innej drogi, okazał się być nie na naszą kieszeń (~850 pln od osoby!). Coś sobie udowadniamy. 85 km do Villa La Angostura pokonujemy przy silnym wietrze w twarz. Skończyły się wakacje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zachmurzyło się niebo, spadła temperatura. Jedyny problem to tylna dętka, która zaczęła pękać jak bramkarze przed Kowalczykiem na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Ostatecznie została zmieniona na nową. Następnego dnia przekraczamy granicę z Chile. Tym razem obyło się bez prześwietlania bagażu, było za to czujne oko i sprawne dłonie strażnika, który sprawdza zawartość każdej z sakw. Jedziemy po świeżo wykończonym asfalcie, trwają jeszcze roboty drogowe. Na poboczach pojawiają się krzewy jeżyn, na Olę co chwila ktoś gwiżdże. Oznaczać to może jedno – znowu jesteśmy po chilijskiej stronie. Pomiędzy jedną a drugą aduana jest prawie 40 km drogi. I właśnie gdzieś na tym „pomiędzy” rozbijamy namiot. Las biały od pyłu wulkanicznego. Brak liści, gdzieniegdzie nieśmiało pojawia się zieleń, jakoś tak upiornie. Ciekawe urozmaicenie. Miasteczka Entre Lagos oraz Las Cascadas, w których nocujemy później, wyglądają na niemal opuszczone. Zamiera turystyka, wraca szara rzeczywistość. I dobrze. Puerto Montt – chwila odpoczynku i w drogę!

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. 8
  10. 9
  11. 10
  12. ...
  13. 24