W drodze na pustynię Atacama cz.2

20140123_w_drodze_do_san_pedro-26

Od rana w drodze. Znika zieleń, pojawia się sucha jak pieprz pustynia solna. Mijamy znaki wskazujące liczne opuszczone kopalnie i miasteczka. Kiedy upał staje się ciężki do zniesienia, zaczynamy łapać stopa. Mamy dziś szczęście. Nie dość, że nas zabierają, to jeszcze obwożą po okolicznych salarach, a na koniec zostawiają sporo butelkowanej wody. Staram się wyobrazić sobie taką sytuację u nas w kraju. Jakoś tak ciężko mi to idzie :)

Lądujemy w oazie Quillagua. Żyje tu dziś zaledwie 120 osób. Swego czasu było ich ~800, jednak kopalnie zanieczyściły i wysuszyły lokalną rzekę. Bardzo szybko chilijska północ pokazała swoje prawdziwe oblicze. W miasteczku pracuje grupa wolontariuszy – archeologów, antropologów i innych naukowców. Pracy mają raczej sporo. Okoliczne wzgórza usiane są geoglifami a ziemia ciałami dobrze zakonserwowanymi saletrą i brakiem wilgoci. Trafiamy akurat na zebranie z radą lokalnej społeczności. Razem walczą o ochronę okolicznych ziem i realizację projektu centrum z porządnym muzeum. Chyba ciężko o środki. Na koniec śmieją się, że jesteśmy przedstawicielstwem kopalni. Po zebraniu mamy okazję oglądać mumie, które leżały długi czas w pudłach i czekały aż ktoś się nimi zajmie. Warunki raczej spartańskie. Prowizoryczne stoły, niewiele miejsca na narzędzia. Następnie odwiedzamy maleńkie muzeum, którym opiekuje się starsza pani. Staruszka o wyglądzie proszącym się o angaż w jakimś filmie Jean-Pierre Jeunet’a opowiada niestworzone historie, głaszcze mumie, co chwila się śmieje. Cały czas towarzyszą nam wolontariuszki. Wspominają, że swego czasu opiekunka potrafiła czesać mumie a odwiedzającym rozdawać eksponaty. Może paluszek? Rączkę? A może główkę? Co by nie mówić relacje ze swoimi podopiecznym ma co najmniej dziwne :)

Jeszcze tego samego dnia łapiemy stopa do Calama. Stamtąd ruszamy w kierunku San Pedro de Atacama. Na dzień dobry pomyliłem drogę i zrobiliśmy dodatkowe 10 km. Najpierw pod górkę, a później z górki z ostrym wiatrem w twarz. Co dziwne, na właściwej drodze ostro wieje nam w plecy. Dzięki temu nie odczuwamy tak bardzo rosnącej wysokości. A podjechać trzeba z 2300 na jakieś 3500 m n.p.m. Noc pośrodku niczego. Surowy krajobraz. Z jednej strony ciemne chmury, z drugiej pięknie pokolorowane niebo. Wysiłek obrał nas z niepotrzebnych myśli i słów. Spać.

Wstajemy o 5. Zimno. Pomimo wysiłku marzną dłonie i stopy. Bez wiatru prędkość spadła o 50%. Już teraz rozumiem, dlaczego napotkany rowerzysta mówił, że pomimo bardzo długiego zjazdu, na pokonanie 60 km potrzebujemy jeszcze 8 godzin… Około 13 docieramy do rozwidlenia prowadzącego do Księżycowej Doliny. Praży niemiłosiernie, ni krzty cienia. Na dobre 2 godziny chowamy się w namiocie.

W drodze na pustynię Atacama cz.1

20140122_santa_laura_humberstone-7

Pedałowanie wysysa ostatnio cały nasz czas i energię. Poza pobytem w Iquique większość dni wyglądała podobnie. Pobudka wcześnie rano, jazda w rozsądnych godzinach, następnie łapanie okazji i ew. ponowne przebieranie nogami.

Z Arica do Iquique udaje nam się złapać stopa. I bardzo dobrze, bo podjazdy są ostre, a czas mocno goni. Jak już wspominałem, na południu chcemy być jeszcze przed zimą. Dodatkowym motywatorem są plecaki, które wysłaliśmy do Puerto Montt. Będą czekać tylko do 20 lutego. Nasz „szofer”, operator ciężkich kopalnianych maszyn, wspomina, że praca w zagranicznych kopalniach wymaga całkowitego podporządkowania. Jakiekolwiek „ale” i można sobie szukać nowego pracodawcy. Co chwila kreśli znak podrzynanego gardła. Ogólnie to chyba za dużo kofeiny przyjmuje. Przez 300 km ze 3 kawy i butla kawy zmieszanej z colą. Przynajmniej wiemy, że nam nie zaśnie za kierownicą.

O samym Iquique niewiele. Słońce, plaże, ocean i tłumy turystów. Było całkiem ciekawie, jednak moje teksty są na cenzurowanym i nie wszystko mogę napisać :) Najważniejsze, że po wielu przejściach (a jakże) kupuję nowy (no prawie) aparat. Wyjazd z miasta ostro daje nam w kość. Ciężkie podjazdy w piekącym słońcu to to, co lubimy najbardziej. Wspominałem już, że kochamy się umartwiać? Pod wieczór łapiemy podwózkę i jeszcze przed zmierzchem rozbijamy namiot pod bramą opuszczonego miasteczka Santa Laura. Miasto widmo jest reliktem przypominającym epokę wydobycia saletry. Jej koniec, syntezą amoniaku, skutecznie zapoczątkował niemiecki chemik Fritz Haber. Nawozy sztuczne okazały się tańsze i szybko zaczęły wypierać z rynku „białe złoto”. Na horyzoncie odcina się przemysłowa część miasteczka. Słońce maluje niebo wściekłą czerwienią, z oddali dochodzi skrzypienie przeżartej rdzą blachy. Ciekawy klimat, szczególnie w połączeniu z krążącymi tu opowieściami o duchach. I alkoholem krążącym w naszych żyłach, bo tak się składa, że człowiek, który nas podwiózł zostawił nam butelkę wina. Wspominałem już, że Chilijczycy to bardzo mili ludzie?

Od rana snujemy się po Santa Laura, a następnie po pobliskim Humberstone. Podczas gdy część mieszkalna Santa Laura została zniszczona, w Humberstone zachowała się niemal w całości. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu miasta te były całkiem ciekawym miejscem do życia. Własne teatry, boiska, szkoły, a w Humberstone nawet basen wyłożony blachą. Trzeba jednak nadmienić, że ciekawie to mieli tam ludzie faktycznie czerpiący zyski z kopalni. Zwykli robotnicy stłoczeni na małej powierzchni, pracę i życie mieli raczej ciężkie. Choć czasy kolonialne skończyły się już dawno, historia zatacza koło pod bardziej wyrafinowanymi postaciami.

Tego dnia nie mieliśmy szczęścia w łapaniu stopa. Ruch na Panamericanie żaden i trzeba się było solidnie namachać. Kiedy tak sobie jedziemy przez surowy, pustynny krajobraz, nagle wyrasta przed nami oaza zieleni. Park Narodowy Pampa del Tamarugal porastają specyficzne drzewa (Prosopis chilensis), które wykształciły podwójny system korzeni. Korzenie długie, czerpiące wodę ze źródeł głębinowych oraz krótkie zbierające wilgoć trafiającą do ziemi z powietrza. A tej jest tutaj niewiele. Co ciekawe drzewa rosnące w rezerwacie zostały wyhodowane przez człowieka. Działalność kopalni (ogromne zużycie wody, zanieczyszczenia) doprowadziły do ich prawie całkowitej zagłady. Zadziwiające jest to, że nawet pustynię potrafimy zniszczyć. W ramach zemsty ostry kolec przebija mi koło. Druga guma w ciągu 2 dni.

Idąc za słowami przyjaciela: teraz może być już tylko lepiej. Może ≠ musi. W nocy budzę się z bólem i gorączką. 3 godziny w mokrych butach zrobiły swoje. Zjadam jakieś proszki i zasypiam. Nad ranem jest już nieźle, ale ból w klatce utrudnia oddychanie. Nachodziłem się już z tym bólem po różnych znachorach. W badaniach nigdy nic nie wyszło, więc nie ma się czego obawiać. Jak się później okazało, nic bardziej błędnego. Z minuty na minutę jest coraz gorzej. W nocy było -5°C, w ciągu dnia niewiele cieplej. Buty mokre, więc zostają mi grube skarpety plus buty, nazwijmy to delikatnie – plażowe. Decyzja może być tylko jedna – zostawiamy rowery i wracamy do Putre. Wrócimy jak się podleczę. Przez ponad 2 godziny czekamy na jakiś autobus. Nic nie nadjeżdża. W końcu, na raty bo na raty, ale jakoś udaje się do Putre dotrzeć. Pod koniec ból praktycznie uniemożliwia oddychanie. Zaczynają mi drętwieć ręce, do oczu nabiegają łzy. To co wtedy myślałem, zostanie raczej moją tajemnicą. Wesoło nie było. Kiedy wchodzę do szpitala, zastaję martwą ciszę. Sjesta w takim miejscu to już lekka przesada. Na szczęście już po chwili leżę pod kroplówką i tlenem. Dzięki Bogu z badań wynika, że z serduchem i płucami wszystko w porządku. Dostaję leki przeciwbólowe. Oddycha się nieco lepiej, jednak jako, że ból nie mija, karetka zawozi mnie do Arica (witam, witam, po raz trzeci). Pod koniec podróży znowu ledwo mogę oddychać. Na miejscu robią mi RTG klatki piersiowej i wypuszczają „do domu”. Okazuje się, że ból spowodowany był stanem zapalnym. Najprawdopodobniej od przeziębienia, być może od kręgosłupa. Pozostaje paracetamol + odpoczynek. Bardzo dziwna sytuacja. Po 2 dniach po bólu nie ma śladu. Skończyło się na strachu.

Historia zatacza koło. Autobus do Putre, szybka aklimatyzacja. Strażnicy zwożą nasze rowery, które zostały nad jeziorem Chungará. Zmieniamy plany i zamiast na salar wracamy do Arica. Pierwsze 40 km, pomimo wielu zjazdów, to ponownie spory wysiłek. Dalej idzie już jak po maśle. Z początku silny wiatr prosto w twarz wymusza pedałowanie, później w użyciu zostaje już tylko hamulec. Po 90 km robimy przerwę na kawę. Ola nie zdążyła jeszcze wyjąć butli z gazem, kiedy ja od niechcenia machnąłem ręką i już po chwili siedzieliśmy wygodnie w pickupie. Na koniec kierowca, choć znał nas niecałą godzinę, zaproponował nam nocleg w stolicy. Chilijczycy to naprawdę bardzo mili ludzie.

Po niemal miesiącu ponownie jesteśmy w Arica. Czas ostro przyspieszyć. Jak tak dalej pójdzie to do Ziemi Ognistej dotrzemy na koniec marca, ale 2015 roku. Za swój wyczyn powinniśmy dostać AntyKolosa. Zawsze możemy też napisać „Antyporadnik przygody rowerowej” :)

Trasa z podjazdu. Miała być część głównej, zostaje jako dodatkowa.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7