Pobudka sporo przed świtem i w drogę. No może nie tak od razu, bo pakowanie naszego tobołka trwa… Jedzenie (jeśli płatki na wodzie, które właśnie zjedliśmy można nazwać jedzeniem) właśnie się skończyło. W perspektywie zostaje woda z macą. Nie ma co, dieta w sam raz na rower. Uratowani zostajemy mniej więcej na wysokości 2000 m n.p.m. Macham od niechcenia ręką (później okazuje się, że takie od niechcenia jest najskuteczniejsze), auto powoli zwalnia, zatrzymuje się. Alleluja. Po godzinie jesteśmy na tarasie widokowym, 7 km przed Putre. Pozostaje tylko zjechać (to tylko, to niestety również podjazdy) i odpoczywać. Miasteczko maleńkie, bardzo urokliwe. Wiele starych budynków, rdzenna ludność Ajmara. Zaczynają się schody. Jedyny bankomat odmawia wypłacenia pieniędzy. Zdarzało się to już wcześniej, więc postanawiamy sprawdzić następnego dnia. Ten dalej swoje. Jest weekend, bank zamknięty. Są jeszcze cajas vecinas obsługujące wypłaty kartami, ale tylko krajowymi. W jednej z takich kas pani wspomina, że w bankomacie nie ma środków i pewnie uzupełnią je w poniedziałek. W niedzielę nie mamy już złudzeń. Na naszych oczach pani najzwyczajniej w świecie wypłaca pieniądze. Pusto w kieszeniach, przed oczami widmo powrotu do Arica. Ola wpada na pomysł. Western Union. Okazuje się, że choć miasteczko mikroskopijne, to jest punkt obsługujący przelewy. Pani na miejscu nic niby nie wie, coś tam mruczy, by za chwilę potwierdzić współpracę z WU. Szwagier Oli przelewa nam środki, pozostaje poczekać do jutra. Uratowani. Nawet na bułkę z jogurtem zostało. Teraz to już z górki. Przyspieszam bo się rozpisałem. Kasy jednak wypłacić się nie da (wpłacić owszem), bankomat karty MC obsługuje owszem, ale tylko te z logiem Cirrus. Pożyczamy drobną kwotę od pary Francuzów. Ola zostaje w Putre, ja wracam do Arica. Nie dość, że tracimy czas, to całą aklimatyzację szlag trafił. W samochodzie kuriera, który zabrał mnie z Putre, zostawiam Kindle’a. Znowu bieganie, telefony, stres. Chyba kocham się umartwiać. Następnego dnia o 10 jestem z powrotem.

Po rezerwacie Lauca w planach jest Salar de Surire. Trochę kilometrów trzeba zrobić, po drodze uzupełnić można jedynie zapas wody. Tak więc z sakwami pełnymi jedzenia ruszamy z samego rana. Szybko zsiadam z roweru, ledwo zipię. Po pewnym czasie robi mi się niedobrze. Dopiero teraz odczuwam skutki zjazdu do poziomu morza. Przez godzinę przejechaliśmy chyba ze 2 km. Podczas przerwy na mate de coca łapiemy podwózkę. Tylko ~7 km, ale za to dobre 500 m w górę. Co dziwne, wyżej czuję się już bardzo dobrze, jedzie się też nie najgorzej. Bo gorzej to dopiero będzie. Póki co podziwiamy piękne widoki urozmaicone stadami wigonii i królikowatymi, zwinnymi wiskaczami. Oj doskwiera brak aparatu…

Po obiedzie łapie nas deszcz. Przetykany gradem. Buty owijamy folią, jednak nic to nie daje. Do oddalonego o jakieś 10 km od celu posterunku policji docieramy przemoczeni i zziębnięci. Jesteśmy o rzut kamieniem od Parinacota, jednak dalsza jazda jest ostatnią rzeczą o jakiej marzymy. Policjant oferuje kawę i podwózkę. Za szybą nieziemsko pięknie. Na szczęście krajobraz ten jest tak niegościnny, że człowiek nieprędko zdąży go zmienić. W stróżówce Parinacota ani żywej duszy. Jedziemy dalsze 30 km nad jezioro Chungará.

Cała podróż zaczęła się od nieplanowanej nocy na lotnisku we Frankfurcie. Dzwonię po poradę do przyjaciela. Rozmowa kończy się mniej więcej tak: „Nie przejmujcie się. Teraz może być już tylko lepiej.” Codziennie brzmią mi w uszach te słowa. Codziennie zastanawiam się, co może nas jeszcze spotkać. Zastosowanie zaczęło mieć jedno z praw Murphy’ego: jeśli coś może pójść źle, to pójdzie.

Zasiedzieliśmy się nieco przez te sakwy. Nareszcie możemy ruszać. Droga, którą mamy pokonać jest maleńkim fragmentem trasy, za którą Grzegorz Szyszkowski dostał Kolosa w 2006 roku (Wyczyn Roku). Myślę sobie: chłopina pojeździł trochę na rowerze i od razu takie wyróżnienie. Fakt – chudzina, masywny bagaż, ale wciąż to tylko rower. Dziś kłaniam się do stóp. Szacunek. Dla każdego zresztą rowerzysty, a już na pewno jeżdżącego po górach.

Zdajemy sobie sprawę z naszych możliwości i do Putre postanawiamy wjechać autobusem. Kiedy dzwonię po przewoźnikach, zagaduje mnie policjantka. Okazuje się, że jutro (Nowy Rok) jej mąż wraz z grupą policjantów jadą autobusem w te okolice. Wystarczy podjechać 20 km i o 8 zameldować się pod granicą. Pasuje. Zabawy hucznej raczej nie będzie. Wstajemy o 4.30 i sporo przed czasem jesteśmy na miejscu. I tutaj się zaczyna. Po prawie 2 godzinach okazuje się, że wyjątkowo bus jest za mały dla dodatkowych pasażerów… Wracać i szukać transportu za bardzo nam się nie chce. Postanawiamy pedałować. Na odchodne policjant wspomina o miejscu (12 km od pobliskiego ronda), skąd z pewnością złapiemy jakiś transport, co dodatkowo zachęca nas do wysiłku. Godzina 10, z nieba leje się żar, pustynia. Pierwszy dzień roku i jak się okazuje ruch na drodze żaden, w dodatku wszystko pozamykane. Jakoś mnie to nie dziwi. Po drodze próbuję pytać o jakiś transport, jednak impreza sylwestrowa nieco się co poniektórym przedłużyła i za kółko nikt raczej dziś nie wsiądzie. Z 12 km zrobiło się 35, szans na podwózkę brak. Obiad, a raczej obiadokolację jemy dopiero w ekowiosce, gdzie wyznawcy Hare Kryszna walczą o lepszy świat. Wszystko oczywiście wegetariańskie, co w naszym przypadku jest nie najlepszym rozwiązaniem. Niestety jedynym. Podoba mi się duża świadomość mieszkańców wioski. Podczas posiłku jeden z nich kreśli nam przed oczami prawdziwy obraz Chile. Pomimo śledzenia alternatywnych mediów i poszukiwań, o wielu rzeczach nigdy nie słyszałem. Na miejscu spędzamy noc.

O 8 rano miał być autobus. Może nawet przejeżdżał, chyba trzeba było machnąć. Fakt jest taki, że po raz kolejny po frajersku zaczynamy pedałować o 10 w pełnym słońcu. W sklepiku pustki. Jakieś słodycze, woda. Może dalej. Wkrótce zostawiamy za sobą zieleń wplecioną w pustynny krajobraz i zaczynamy ostre podjazdy. Do pewnego momentu twardo pedałuję, jednak często muszę czekać na Olę, która swój rower raczej pcha, więc zaczynam robić to samo. Co chwila ktoś trąbi, pozdrawia. W górę często idzie podniesiony kciuk. Niech nas lepiej zabiorą, albo w cztery litery pocałują. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z naszej sytuacji. Mamy pół kilo mąki, trochę płatków i niewiele wody. Co jakiś czas udaje się zatrzymać jakiegoś pickupa, jednak kierowcy wykręcają się regulaminami kopalni, w której pracują. Przynajmniej jakaś woda zawsze się znajduje. Noc spędzamy na wysokości ~1800 m n.p.m., ~90 km od celu. Zachodzące słońce pięknie koloruje kosmiczny krajobraz. W nocy czyste, rozgwieżdżone niebo przyprawia o zawrót głowy. Widać Drogę Mleczną. Cholerny aparat. A może raczej głupota jego właściciela…

R.I.P. 7D

Spędziliśmy razem ostatnie 3,5 roku życia. Praktycznie nierozłączni. Wszystko co ma swój początek, ma również swój koniec. Zapadł w śpiączkę w ostatnim dniu 2013 roku. Życie postanowiła odebrać mu podstępna fala. Być może ta sama, która zabrała Papillona z Wyspy Diabelskiej. Ostatnie tchnienie jakie biedak wydał przed śmiercią:

Cóż, nie mam już aparatu. Tzn. mam, ale nie bardzo działa, więc tak jakby go nie było. Kiedy robię zdjęcia skalistego wybrzeża na statywie, przy długim czasie naświetlania, nagle pojawia się ogromna fala, która swoją siłą uderzenia zmywa sprzęt do wody. Mnie zresztą też. W momencie rzucam się na kolana i wyławiam aparat. Szybko wycieram go w koszulkę i zszokowany, pijackim krokiem wracam do namiotu. Na tyle zszokowany, że dopiero tam zauważam, że ze statywu została tylko rączka a z filtra popękane szkiełko… Wszystko pewnie skończyło by się dobrze, gdyby nie fakt, że szerokokątny obiektyw, który był akurat przypięty, nie jest odporny na wodę. Może gdybym go od razu wypiął… Gdybym. Zrobił się najdroższy sylwester w życiu. Przebił inną imprezę, którą kiedyś zafundowaliśmy sobie kiedyś razem z przyjacielem :) Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że kilka dni wcześniej w 6-litrowym baniaku nagle urwała mi się rączka i zalała nam laptopa. Rozkręcenie, 2-dniowe suszenie i restart baterii na szczęście postawiły go na nogi. Chyba za bardzo przywiązujemy się do przedmiotów. Ciężko się potem odzwyczaić… Jak się okazało wszystko to było dopiero zapowiedzią gorszego. Ale o tym w kolejnym odcinku.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7