Lima – witajcie w innej bajce

W Peru żyje około 30 milionów ludzi. Co czwarty Peruwiańczyk mieszka w Limie. Dla mnie, Europejczyka przyzwyczajonego do spokojnego, zorganizowanego rytmu życia przedstawienie, które rozgrywa się na limeńskiej ulicy jest delikatnie mówiąc zjawiskowe. Ulice handlowe wrą. Wygląda to tak jakby któś omyłkowo umieścił na planszy gry 3 razy za dużo pionków graczy i pięciokrotną dozwoloną liczbę kart towarów. Wielopoziomowe powierzchnie handlowe, sklepy, sklepiki, stragany ze wszystkim co tylko możliwe a na dokładkę samozwańczy sprzedawcy rzeczy i usług drobnych. Kupić można dosłownie wszystko, króluje kicz i podróbki. Nie ma tu czegoś takiego jak certyfikat autentyczności czy pozwolenie na sprzedaż. Na środku głównego deptaka handlowego w centrum miasta rozkładają się sprzedawcy podrabianych ciuchów, pomiędzy nimi spacerują policjanci, nikt nie robi nikomu problemu. Przy takiej konkurencji po prostu stanąć z towarem nie wystarcza – każda sprzedaż wysyła do boju swojego naganiacza (jak nie wysyła staje się nim sam sprzedawca). Metody są różne – poczynając od zwykłych tabliczek zachwalających towar i cenę, poprzez głośne przekrzykiwanie, na wykorzystaniu mikrofonu i głośników kończąc. Przy tym co się tutaj dzieje handel, który odbywał się na Stadionie X-lecia czy na halach Ptaka wydaje się być niewinnym żartem.

Podobnie rzecz ma się z transportem. Każdego dnia niezliczone zastępy taksówek i colectivos ruszają do boju o klienta. Zasady? Brak zasad. Jeśli potrafisz wyprzedzić i wcisnąć się przed innego busa na przystanku, przejmujesz pasażerów. Każdy micro bus ma swojego biletera-naganiacza, który łapie klientów i dba o to by wszystko odbywało się płynnie. Sama jazda to nieustające przepychanki, ryk klaksonów i notoryczne łamanie przepisów (czasami mam wrażenie, że czegoś takiego jak przepisy tutaj nie ma) na oczach funkcjonariuszy kierujących ruchem. Należy wspomnieć, że Lima stara się walczyć z hałasem, póki co bezskutecznie.

Na koniec słów kilka o diecie Limeńczyków. Ogólnie rzecz biorąc Peruwiańczycy są otyli. Miasto ocieka wręcz cukrem i mięsem. Co tylko się da zostaje osłodzone. Kawa i herbata to wiadomo, ale żeby dosładzać soki owocowe? Śniadania jada się w lokalu, bądź przy mobilnych budkach, które najczęściej serwują kanapki oraz drobne przekąski (do tego obowiązkowo coś słodkiego do popicia). Śniadanie w lokalu objętościowo to już praktycznie obiad. W lokalu zazwyczaj jada się też obiad, kolacja to często ponowna wizyta przy mobilnej budce. Trzy posiłki to jednak nie koniec. W ruchliwych miejscach co 5 metrów stoi stragan z czymś do zagryzienia między posiłkami. Przekąski mięsne, jajeczka na wykałaczkach, ale przede wszystkim słodycze, owoce, lody, galaretki oraz wypieki domowej roboty. Jakby tego było mało pośród konsumującego tłumu przewijają się sprzedawcy mobilni. Płyny – koniecznie słodkie. Nawet w aptece spotkać można stoiska z Coca-Colą. Po dwóch dniach limeńskiej diety wstajemy ze ssaniem w żołądkach :) Przeciętny wiek mężczyzny w Peru wynosi 62 lata. I na tym paragraf zakończymy.

Szacuje się, że w 2050 roku ludność Peru wyniesie 42 miliony. Jak wtedy wyglądać będzie stolica?

naganiacz w micro busie

budka z przekąskami

takich stoisk są tysiące

pucybut również sprzedaj słodycze

płatni zabójcy ;)

Jesus Christ Superstar

W październiku w weekendy odbywa się w Limie święto Pana Cudów (El Señor de los Milagros). Chrystus Pan Cudów namalowany został w XVII w. przez nieznanego afrykańskiego niewolnika. Nazwę swą zawdzięcza faktowi, iż przetrwał w nienaruszonym stanie trzęsienia ziemi, które zniszczyły praktycznie całe miasto. Ku czci obrazu odbywa się jedna z największych procesji religijnych na świecie. Biorą w niej udział wszyscy Peruwiańczycy, bez względu na pochodzenie i status społeczny. Ołtarz z Chrystusem krąży pośród rozentuzjazmowanego tłumu, od stacji do stacji, z prędkością 100 metrów na godzinę. Jest trochę tak jak na naszej drodze krzyżowej tyle, że na stacjach zamiast modlitwy trwa zabawa. W miejscu, z perspektywy którego opisuję zjawisko, rozstawiono wielką scenę, z której dobiegają dźwięki muzyki granej na żywo. Jest to oczywiście okazja do promocji władz lokalnych oraz samych wykonawców. W końcu to ich zasługa, że właśnie to miejsce zasłużyło na miano stacji na drodze świętego wizerunku. Wraz ze zbliżaniem się ołtarza wzrasta napięcie, zaczynają się brawa, okrzyki, w górę wzlatują sztuczne ognie i konfetti. Ołtarz zostaje odwrócony w stronę sceny, z której najważniejszy cantante śpiewa piosenkę specjalnie dla Jezusa. Po wszystkim staje w szeregu z pozostałymi, ociera łzy. Wystarczy chwila by zaczął poprawiać wąs i fryzurę, spogląda na zegarek – teatrzyk skończony. Wieczorem obraz dociera pod katedrę na głównym placu miasta. Ponownie oklaski, owacje, wymachiwanie rękoma, tym razem ze zdwojoną siłą. W górę idą telefony i aparaty. Chrystus jest dzisiaj gwiazdą. Tutaj się nie klęczy – tutaj się bije brawo. W licznie zgromadzonym tłumie są również osoby, które przyszły tutaj wyłącznie z pobudek religijnych, większość jednak uczestniczy w czymś w rodzaju festynu. Opinię potwierdza Peruwiańczyk, który przyjechał z Tarapoto. Jest chyba nieco podobnie jak w Polsce – naród wierzący na pokaz a jak nikt nie patrzy hulaj dusza. Prawda jest taka, że w przeciwieństwie do podboju terytorialnego, podbój duchowy w Ameryce Łacińskiej nigdy nie został w pełni osiągnięty. Katolicyzm przeplata się tutaj z praktykami rdzennych mieszkańców kontynentu, a w wielu regionach z praktykami niewolników sprowadzonych z Afryki.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2