Selwa oprócz tego, że obficie karmi zmysł wzroku, mocno działa na słuch i węch. Zmysł powonienia mam raczej kiepski, więc skupię się na dźwiękach, a raczej na muzyce, które wspólnie tworzą. Jest to chyba najbardziej osobliwa rzecz, jakiej doświadcza tu człowiek wychowany w dżungli z betonu. Podczas każdego świtu rozbrzmiewa symfonia wychwalająca rodzący się dzień. Odę do radości rozpoczynają monos rojos (czerwone wyjce) ze swoim przerażającym wyciem. Z daleka brzmi ono jak mieszanka zimowego wichru i ryku prehistorycznego stwora. Z bliska jak bulgot w zepsutej kanalizacji przechodzący w przeciągnięte rzeźnickie beknięcie. Do składu dołączają zastępy ptaków z żółto-niebieskimi papugami na czele. Po zapadnięciu zmroku miejsce na scenie zajmuje orkiestra grająca muzykę ku czci nocy, która toczy z dniem walkę o dominację nad mijającą dobą. Pomimo teoretycznego remisu (słońce wschodzi o 6, zachodzi o 18), dla mnie zdecydowanym zwycięzcą są artyści nocni – skrzypkowie w postaci cykad i świerszczy, malutkie żabki o grzmiącym rechocie, nocne ptaki. To tylko mała część zwierząt, które możemy usłyszeć. A raczej USŁYSZEĆ bo pomijając fakt, że jest naprawdę głośno, w nocy ograniczony zostaje wzrok, co dodatkowo wyostrza słuch. Widać jedynie pulsujące świetliki a w świetle latarki oczy licznej widowni. Jeśli dodamy do tego rozgwieżdżone niebo i księżyc przebijający się przez wysokie partie drzew niczym reflektor, otrzymujemy coś baśniowo pięknego, niemal nierealnego. Jak w każdej baśni są jednak i momenty grozy. Zdarza się, że budzi nas zwierzę przemykające po platformie, z lasu dochodzą dziwne dźwięki. Świadomość toczącej się wokół walki na śmierć i życie, bliskości jadu mogącego uśmiercić duże zwierze w ciągu 2 godzin – wszystko to dodatkowo pobudza wyobraźnię. Wyobraźnię gringo, bo do dźwięków orkiestry zawsze dołącza chrapanie śpiącego w najlepsze Juana…

Niezły mają z nas czasem ubaw. Często zwierzęta wydają nierealne dźwięki. Malutkie żabki, których rechot przypomina jadącą na sygnale karetkę, małpy brzmiące jak stado mew, miauczące ptaki. To właśnie ptak stał się przyczyna jednej z nieprzespanych nocy. W ciemnościach jego miauczenie szybko urodziło w naszych umysłach małego kotka, którego z pewnością szukać musi mama. W dodatku w ciemnościach widzimy światło latarki, nie słyszeliśmy, żeby Juan opuszczał swoją moskitierę, a tego dnia zlokalizowaliśmy obóz kłusowników. Rano wszystko staje się jasne – kot to w rzeczywistości ptak, a kłusownicy to Juan polujący na nasze śniadanie…

Skoro o muzyce mowa kończę muzycznie.

Tarapoto – przedsionek zielonej odysei

Dotarliśmy do Tarapoto miasta mototaxis, motocykli i, jak wynika z banerów rozwieszonych w poprzek ulic, roznegliżowanych pań prezentujących swe wdzięki ze scen lokalnych klubów. Z nieba leje się żar. 34°C w cieniu, bezwietrznie. Ciężko usiedzieć w pokoju z włączonym wiatrakiem. Nawet nie wyciągnąłem aparatu. Powoli zmierzamy w stronę rezerwatu Pacaya Samiria, gdzie zamierzamy spędzić 3 tygodnie. Ola odsypia ciężką podróż, ja gubię się w wąskich uliczkach miasta i własnych myślach. W lokalu, w którym jem kolację z telewizora zionie straszliwa papka. Wszyscy wpatrzeni jak w wahadełko hipnotyzera… Żegnam się muzycznie. Dobranoc

¡Adiós Amigos!

Kawałek ten pierwszy raz usłyszałem w 2011 roku w autobusie jadącym z Huanchaco do Trujillo. Nie wstydzę się przyznać, że za każdym razem, gdy do niego wracam, łzy cisną mi się do oczu. Tak wiele rzeczy uciekło nam za pierwszym razem… Wiedziałem, że kiedyś wrócimy… Tym razem bez sztywnego planu i pośpiechu. Do zobaczenia!

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2