Większość czasu spędzamy sunąc canoe po rzece Samiria. Z początku przypomina nieco naszą rodzimą Grabię, później Wartę, na końcu bliżej jej do naszej Wisły.

Mieszkamy różnie. Pierwszy nocleg zaliczamy w chatce, która znajduje się nad wodą. Jest wysoki stan wody i rzeka wylała daleko w las. Casitas (domki) jak je tutaj nazywają buduje się z drzew, które zakończyły swój żywot i kryje liśćmi palmowymi. Często trafiamy na chatki strażników (te zazwyczaj mają „kuchnię”, ubikację), czasami na chatki bez ścian lub sam daszek. Zdarza się też, że nasze obozowisko to zwykły kawałek ziemi. Miejsca te, z trudem wydarte ze szponów lasu, kiedy stoją nieużywane, w momencie zostają ponownie wchłonięte przez żarłoczną zieleń. Z początku rozwieszamy moskitierę, jednak z czasem przeprowadzamy się do namiotu, który lepiej chroni przed insektami.

Kolejna kluczowa rzecz – jedzenie. Listę produktów, które zabraliśmy już znacie. Uzupełniają ją ryby, mięso oraz różne owoce. Przez pierwsze 10 dni jemy naprawdę smacznie. Jeśli np. jest ryba, to w różnych wydaniach – smażona, gotowana, pieczona w ziołach. Z początku nie wadzi nam nawet makaron z jajkiem gotowanym. Po 10 dniach zaczyna się robić gorzej – zabrakło części produktów. Kiedy zaczynamy pokonywać dużo większe odległości, Juan często przygotowuje coś „na szybko”. Zazwyczaj ryż lub makaron z jajkiem. Jeśli trzęsą mi się uszy, kiedy jem suchary z marmoladą i popijam je dosładzanym jogurtem to wiedz, że coś się dzieje. Na szczęście sytuację po części ratują pracownicy rezerwatu. Przykład – kiedy nie możemy już patrzeć na makaron, na śniadanie i obiad jemy pyszne, smażone mięso z czarnego kajmana (smakuje jak pierś z kurczaka) ze smażonymi platanos. Polowanie na kajmany jest zabronione prawem, jednak wciskają nam kit, że pracownicy parku pozwolenie mają. Innym razem jemy pieczone mięso aguti. Z tym wiąże się pewna historia. Na drogę dostajemy kawał surowego mięsa. Tego dnia płyniemy długo i dopiero na drugi dzień przewodnik ma czas żeby się nim zająć. W chłodzie raczej nie leżało, w dodatku dziczyznę trzeba umieć przyrządzić, a Juan najzwyczajniej w świecie gotuje mięso. Rezultat jest taki, że pachnie jak niesprzątana od miesiąca ubikacja… Kiedy przewodnik zjada swoją porcję i idzie nad rzekę, aguti dostaje skrzydeł i wraca tam skąd przyszedł, czyli do lasu.

Coś o higienie. 2 lata temu dostaliśmy kategoryczny zakaz wchodzenia do wody. Juan pozwala się kąpać a nawet pływać w miejscu, w którym roi się od piranii. Kiedy pytam o niebezpieczne płaszczki macha ręką i mówi, że tutaj ich nie ma. Poprzednio były, co zmusza nas do zastanowienia się: jest to niezwykłe doświadczenie czy zwykłe lekceważenie? Innym razem z kolei zabrania się kąpać twierdząc, że delfiny mogą być niebezpieczne. Widocznie te w poprzednim miejscu były udomowione :) Za potrzebą idzie się w las. Koniecznie w kaloszach.

Dni mijają leniwie. Z początku wszystko fascynuje, z czasem staje się monotonne. Codzinnie ten sam rytuał zwijania/rozstawiania obozu, wielogodzinne przecinanie Samirii, która leniwie przetacza swe wody przez rezerwat.

Juan mówi nie wiele, skupia się na wiosłowaniu i rzadko wypatruje zwierząt, które nie zdradzają hałasem swojej obecności. Po pewnym czasie Ola przebija jego spostrzegawczość. Szybko okazuje się, że w ciągu 35 lat przec cały rezerwat przeprawił jedynie 2 turystów. Mimo to jest jednym z najbardziej doświadczonych przewodników. Wszystkie jego czynności wydają się być zminimalizowane do niezbędnej, precyzyjnie wymierzonej liczby ruchów. Wszystko to nosi znamiona jakiejś przedziwnej celebracji. Kiedy robi posiłek, zajmuje mu to nawet 2 godziny. Twarz Juana rzadko wyraża emocje. Nawet w najcięższych momentach ciężko wyczytać z niej złość. Po kilku dniach pierwszy raz widzę, jak się śmieje – na jego pogwizdywania odpowiedziało stado małp po drugiej stronie rzeki. Mimo 65 lat potrafi niemal bez odpoczynku wiosłować przez 10 godzin. Trzeba mu przyznać, że doskonale zna język zwierząt i często naśladuje ich odgłosy. Zawsze wie w którą odnogę skręcić, żeby było krócej i bez błądzenia. Dzień kończy samotnym papierosem. I tyle dobrego. Okazał się być strasznym krętaczem i nie będziemy za nim tęsknić. Jeśli ktoś będzie kiedyś wybierał się do parku z Acatupelem, niech postara się albo o 2 przewodników, albo o kogoś innego.

Pacaya-Samiria cz.1 – Ruszamy!

Amazonia jest najbogatszym pod względem flory i fauny regionem na Ziemi. Większość z jej 7 mln km² powierzchni zajmuje porażający bioróżnorodnością las deszczowy – Selva Amazónica. Sklasyfikowano tu 2,5 miliona gatunków owadów, prawie 40 tys. roślin, ponad tysiąc gatunków ptaków, setki gatunków ssaków, płazów i gadów. Położony niecałe 200 km na południe od Iquitos rezerwat Pacaya-Samiria jest największym chronionym prawem obszarem Peru i drugim co do wielkości w całej Amazonii.

Ruszamy!

Już jakiś czas temu Ola okrzyknęła nas bandą Cyganów. Każdy dłuższy wyjazd, przeprowadzka itp. to my + niezliczone zastępy tobołów. Nie inaczej jest tym razem. Oprócz naszych 2 dużych, 2 małych plecaków i torby z aparatem do mototaxi z przyczepką ładujemy:
- ponad 100 litrów wody,
- olbrzymią kiść platanos,
- skrzynkę z ziemniakami, cebulą i pomidorami,
- worek z ryżem, makaronem, mlekiem skondensowanym i innymi artykułami spożywczymi,
- worek z cukrem, jogurtami, napojami gazowanymi, słodyczami i innymi zbędnymi rzeczami,
- worek suchego pieczywa,
- wiadro jajek,
- pudło herbatników,
- worek z ekwipunkiem kuchennym,
- worek z sieciami,
- worek papieru toaletowego,
- różne folie do ochrony przed deszczem,
- torbę z rzeczami przewodnika,
- materac,
- kalosze.

Zachodzę w głowę jak to wszystko się pomieści na jednym canoe. W dodatku okazuje się, że jest ono malutkie i ujmijmy to delikatnie – wiekowe. Juan (przewodnik) co i rusz drapie się po głowie, przekłada, kombinuje. W końcu wszystko znajduje swoje miejsce. Na szczęście i nam udało się załapać „na pokład” i możemy ruszać. Woda niemal zrównuje się z poziomem canoe i z początku siedzimy bez ruchu, w obawie o to żeby nie nabrać gdzieś wody. Szybko okazuje się, że woda postanawia nabierać się sama, canoe najzwyczajniej w świecie przecieka. Na pierwszym postoju zostaje zaimpregnowane gliną. Służy ona później m.in. do uszczelnienia imbryka i odbudowania tylniej części łódki. Zaczyna się 18-dniowa przeprawa.

  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3