Pacaya-Samiria cz.7 – Ludzie

Choć znajdujemy się z dala od wszelkich wiosek i miast, ludzie są nieodłączną częścią przeprawy. Cieszy nas to, że nie żyją tu dla turystów a dla przyrody. Zdarza się tak, że przez kilka dni zdani jesteśmy sami na siebie, jednak zazwyczaj jest się do kogo odezwać. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu na terenie parku znajdowały się działające platformy wiertnicze (nie muszę chyba pisać, że bogaciły się firmy zagraniczne) i ten niezwykle bogaty obszar stał się gąbką chłonącą zanieczyszczenia. Na szczęście ktoś się w porę opamiętał i objął go ochroną. Co pewien czas spotykamy stróżówki, w których mieszkają strażnicy parku. Struktura organizacji tutejszych pracowników wydaję się być nieco zagmatwana, jest wiele różnych związków, rożne są zadania w poszczególnych gałęziach. Większość osób, które spotykamy dba o populację wodnych żółwi charapa (Podocnemis expansa) oraz taricaya. Kiedy wypuszcza się małe żółwiki, robi się to przy świadkach „z zewnątrz” (podpisuje się odpowiedni dokument). Ponieważ głęboko w park rzadko kto się zapuszcza, zostaliśmy rodzicami chrzestnymi ponad 4000 maluchów :) W niektórych piaskownicach znajduje się nawet 30 tys. jaj. 50% żółwików wykluwa się, tylko 5% z wyklutych przeżyje po wypuszczeniu. Dobra o ludziach miało być a nie o żółwiach. Choć żółw też człowiek.

Kiedy po kilku dniach zaczyna nam dokuczać samotność (ostatnie 3 noce skazani tylko na siebie), nagle wyrasta przed nami największa ze spotkanych „stróżówek”. Normalnie z nieba nam spadli. 9 mężczyzn, 1 kobieta i 4 dzieci + jedno w drodze. Różne są koleje losu, które prowadzą w to miejsce. Dla niektórych jest to ucieczka od hałasu miasta, dla innych odskocznia od rodziny, bywa też i tak, że miejsce to daje szansę na normalne życie (jedzenie, dach nad głową). Przypływa się tutaj na okres od 30 do 90 dni. Pojawiają się również wolontariusze, studenci, naukowcy. Lata temu w miejscu tym była niemiecka platforma wiertnicza (chyba, bo nazwa Hamburgo podobno pochodzi od kraju, skąd płynął kapitał). Dziś obok starego, zardzewiałego wiertła bawią się dzieci. Mężczyźni, oprócz opieki nad żółwiami, zajmują się polowaniem, połowem ryb i wyrobem sieci. Widać, że jeden z nich ma smykałkę do rożnych napraw, bo ciągle coś majstruje przy silnikach (części zamienne rzeźbi w drewnie). Rola kobiety wydaje się być przesądzona. Cały dzień pierze, gotuje, sprząta, na dodatek zajmuje się dziećmi.

Bębnienie łyżką w garnek oznajmia gotowy posiłek. Wszyscy przerywają pracę, wspólnie zasiadają do stołu. No może nie wszyscy do stołu, bo miejsca jest za mało. Po południu zajadamy się owocami aguaje. Mają specyficzny, uzależniający smak, nieco ciężko się je obiera. Tuż przed zmierzchem następuje zderzenie z moją wydolnością fizyczną po długim czasie we względnym bezruchu. Boisko, piłka, 3 na 3, 2×10 min. Zachodzę w głowę, co dzieje się, kiedy piłka opuszcza plac gry od strony rzeki. Szybko do tego doprowadzam i jeden z przeciwników w momencie znajduje się na dole i wyławia płynącą z prądem piłkę. Kiedy piłka ląduje w rzece po raz kolejny, za bramką rozwieszone zostają sieci. Początek po naszej myśli jednak ostatecznie drużyna z gringo w składzie zbiera ostre cięgi… Na zakończenie papieros z mapacho (Nicotiana rustica, tutejszy tytoń) i rozmowy przy słabym świetle żarówki zasilanej z generatora. Pięknie.

Dzieci nie odpuszczają nas na krok. Drugiego dnia po raz pierwszy widzę u nich zabawki – 2 plastikowe kapsle, kawałek plastikowej folii. Mimo to są roześmiane i nie grymaszą. Kiedy najmniejsze, około roczne spada z około (o zgrozo) 1,5m płacze dosłownie chwilę. Twarda sztuka. Dzięki Bogu nic się nie stało.

Spędzamy cudowne dni, aż żal, że trzeba płynąć dalej… Po drodze często trafiamy w podobne miejsca, jednak zazwyczaj przebywa w nich 1-2 strażników, czas goni i poza noclegami i posiłkami niewiele się dzieje.

Selwa oprócz tego, że obficie karmi zmysł wzroku, mocno działa na słuch i węch. Zmysł powonienia mam raczej kiepski, więc skupię się na dźwiękach, a raczej na muzyce, które wspólnie tworzą. Jest to chyba najbardziej osobliwa rzecz, jakiej doświadcza tu człowiek wychowany w dżungli z betonu. Podczas każdego świtu rozbrzmiewa symfonia wychwalająca rodzący się dzień. Odę do radości rozpoczynają monos rojos (czerwone wyjce) ze swoim przerażającym wyciem. Z daleka brzmi ono jak mieszanka zimowego wichru i ryku prehistorycznego stwora. Z bliska jak bulgot w zepsutej kanalizacji przechodzący w przeciągnięte rzeźnickie beknięcie. Do składu dołączają zastępy ptaków z żółto-niebieskimi papugami na czele. Po zapadnięciu zmroku miejsce na scenie zajmuje orkiestra grająca muzykę ku czci nocy, która toczy z dniem walkę o dominację nad mijającą dobą. Pomimo teoretycznego remisu (słońce wschodzi o 6, zachodzi o 18), dla mnie zdecydowanym zwycięzcą są artyści nocni – skrzypkowie w postaci cykad i świerszczy, malutkie żabki o grzmiącym rechocie, nocne ptaki. To tylko mała część zwierząt, które możemy usłyszeć. A raczej USŁYSZEĆ bo pomijając fakt, że jest naprawdę głośno, w nocy ograniczony zostaje wzrok, co dodatkowo wyostrza słuch. Widać jedynie pulsujące świetliki a w świetle latarki oczy licznej widowni. Jeśli dodamy do tego rozgwieżdżone niebo i księżyc przebijający się przez wysokie partie drzew niczym reflektor, otrzymujemy coś baśniowo pięknego, niemal nierealnego. Jak w każdej baśni są jednak i momenty grozy. Zdarza się, że budzi nas zwierzę przemykające po platformie, z lasu dochodzą dziwne dźwięki. Świadomość toczącej się wokół walki na śmierć i życie, bliskości jadu mogącego uśmiercić duże zwierze w ciągu 2 godzin – wszystko to dodatkowo pobudza wyobraźnię. Wyobraźnię gringo, bo do dźwięków orkiestry zawsze dołącza chrapanie śpiącego w najlepsze Juana…

Niezły mają z nas czasem ubaw. Często zwierzęta wydają nierealne dźwięki. Malutkie żabki, których rechot przypomina jadącą na sygnale karetkę, małpy brzmiące jak stado mew, miauczące ptaki. To właśnie ptak stał się przyczyna jednej z nieprzespanych nocy. W ciemnościach jego miauczenie szybko urodziło w naszych umysłach małego kotka, którego z pewnością szukać musi mama. W dodatku w ciemnościach widzimy światło latarki, nie słyszeliśmy, żeby Juan opuszczał swoją moskitierę, a tego dnia zlokalizowaliśmy obóz kłusowników. Rano wszystko staje się jasne – kot to w rzeczywistości ptak, a kłusownicy to Juan polujący na nasze śniadanie…

Skoro o muzyce mowa kończę muzycznie.

Ryby są jednym z podstawowych składników diety w Amazonii. Do ich połowu używa się tutaj sieci, prymitywnej wędki (kijek z kawałkiem plecionki i haczykiem) oraz trójgłowej lancy. Juan musi się zastanawiać co kieruje tym białasem, który moknąc w deszczu, z uporem maniaka przeczesuje rzekę swoją wędką. Często z mizernym skutkiem. Zacznijmy jednak od sieci. Rozstawia się je wieczorem, ryby wyciąga wcześnie rano. Z około 25-metrowej sieci wyciągamy kilka sumów, dwie huasaco, niewielką carachama oraz największą ze wszystkich chambira. Na śniadanie i obiad pyszne rybki.

Czas na prowizoryczną wędkę. Zakładam kawałek mięsa na haczyk, wsiadam do canoe i ruszam na podbój świata. Dzień wcześniej widziałem, jak jeden z opiekunów parku po godzinie wrócił z kilkoma sztukami piranii. Szybko łowię ładny okaz i już oczami wyobraźni widzę podziw na twarzy Juana, kiedy wracam z obfitym połowem. Problem pojawia się, kiedy trzeba zacząć poważnie myśleć o wiosłowaniu. Co chwila gdzieś mnie znosi, obraca, wyrzuca w krzaki na brzegu. Niezły mieliby ubaw, gdyby to widzieli. Wracam umordowany, wyżęty psychicznie i fizycznie. A taki był ze mnie kozak…

Przygodę ze spiningiem zaczynam tak jak Pat i Mat niejeden z odcinków Sąsiadów, czyli nazwijmy to delikatnie – niewłaściwie. Kiedy łamię wędkę poniżej drugiej przelotki, minę muszę mieć jak dziecko, któremu zabrano lizaka. Na szczęście mam ze sobą specjalny plastik, który po zanurzeniu w gorącej wodzie można dowolnie formować. Robię oplot, usztywniam przygotowaną masą, działa. Nawet trochę mocy przybyło. Szkoda, że również dodatkowe 20 cm po złożeniu…

Wiedzy na temat zwyczajów tutejszych ryb nie mam żadnej. Juan niestety też. Na szczęście pobicia są częste i co jakiś czas udaje się coś złowić. Nieszczęście w szczęściu, że niewiele przynęt opiera się tutejszym zębom. Kiedy zakładam gumowego twisterka w momencie przekonuję się, że czas na coś twardszego (ogonek zostaje zjedzony). Kiedy okazuje się, że większe piranie przegryzają woblera jestem lekko załamany. Zostają różne blachy, jednak na nie ryby nie reagują tak chętnie. Nie zrażam się stratami i co jakiś czas idę „pomachać kijem”. Również sama rzeka, ze swoimi zaczepami jest łapczywa na przynęty, więc łowię raczej zachowawczo.

Juan cały czas zarzeka się, że popłyniemy na rybałkę na jezioro (wszyscy po drodze mówią, że jeśli na ryby to właśnie tam!), jednak im bliżej końca, tym bardziej się wykręca i finalnie dostaję figę z makiem. Pod koniec w akcie buntu i desperacji przerzucam się na haczyk z kawałkiem mięsa. Zestaw chałupniczo obciążam, tak żeby ominąć piranie i dostać się na dno. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy po chwili na końcu melduje się niewielki sumik. W momencie przestaje mi przeszkadzać palące słońce. Oj nałowiłem się tych wąsaczy. Nie są duże (max. 40 cm), jednak pięknie walczą, a jeszcze lepiej smakują. Długo jeszcze będę śnił o tym rybostanie. Szczególnie po powrocie do Polski…