Pacaya-Samiria cz.4 – Drapieżna fauna

Odpalasz Discovery Channel i oglądasz, jak wałęsający się po dżungli ludzie co i rusz natrafiają a to na groźnego pająka, a to na węża. Po gałęziach skaczą małpy, a w odległości kilku metrów przebiega jaguar. Wszystko to farsa. Przyjeżdża ekipa filmowa i albo pracuje przez wiele dni, następnie kompresuje czas podczas montażu, albo „zdobywa” zwierzęta przez miejscową ludność, by później wykorzystać je w programie. Zwierzęta boją się ludzi. Wyczuwają ich obecność z daleka i grzecznie chowają się w gęstwinie. Pomimo tego, że wszystko dookoła kipi od życia, największym niebezpieczeństwem w selwie dla osoby bez doświadczenia jest głód. Bo zwierzątka mają nóżki, skrzydełka i nie są głupie.

Stałym kompanem są jedynie owady. Od ogromnych motyli poczynając, na mikroskopijnych mrówkach kończąc. Przekonujemy się o tym już podczas pierwszej nocy, kiedy dopadają nas chmary komarów. Miejscowi rozróżniają 2 rodzaje: sancuros – te są większe i atakują po zmierzchu oraz mosquitos – mniejsze, czarne, ssące krew w ciągu dnia. Kolejnym utrapieniem są małe muchy/ćmy – tabanos, które również ssą krew. Te są prawdziwą zmorą. Nie czuć kiedy wpijają się w skórę, a do tego chętnie towarzyszą nam na łódce. Takie to małe, niby nieporadne, a nie wiesz kiedy nagle znalazło się na nodze i ochoczo wysysa z ciebie soki. Dzieła zniszczenia dopełniają tabanos grandes, takie nasze rodzime końskie muchy tyle, że dużo większe. Te oprócz ludzi kąsają również zwierzęta i przenoszą różne choroby. Po pierwszej nocy na kolanach i szyi mam po kilkadziesiąt ugryzień. Często bywa tak, że jeszcze przed zmrokiem chowamy się do naszego „domku”, i dopiero tam jemy kolację…

Czas na przyjemniejsze żyjątka. Płynąc kanoe oglądamy przede wszystkim różne gatunki ptaków. Papugi, papużki, kanarki, hałaśliwe paukaras, zimorodkowate martines pescadores, dzięcioły, czaple, piękne orły – to właśnie władcy dnia. Co pewien czas po drzewach przemyka stado małp. Czerwone wyjce, czarne tamaryny i malutkie saimiria. Szkoda, że sprzętowo nie jestem przygotowany na zdjęcia z takiej odległości. Choć może to i lepiej, bo aparat spokojnie leży w torbie a ja w canoe. W lesie trafiamy na trop choro – największych tutejszych małp, niestety nie udaje się ich zobaczyć. Z wystających z wody pni do wody nurkują wygrzewające się w słońcu ogromne żółwie, czasem przemknie nutria bądź wilk rzeczny. Podczas marszu w lesie napotykamy głównie owady – motyle, pająki, mrówki. Udaje mi się dostrzec czarnego skorpiona. Duma jest tym większa, że nawet Juan jest zdziwiony, że go „upolowałem”.

Podczas innego marszu idący przed nami przewodnik niemal nadepnął śpiącego węża, nazywanego tutaj hergon (żararaka, Bothrops atrox). W momencie następuje atak i ucieczka gada. Gada i przewodnika, który z panicznym strachem wymalowanym na twarzy odskakuje i robi gwałtowny zwrot w naszą stronę. Węże się tutaj zabija, czasami organizuje się krucjaty w celu oczyszczenia okolicy. Kiedy wracamy Fernando długim kijem wywabia węża spod drzewa, ten skacze i wpełza na badyl, co powoduje szybki „tył zwrot” zakończony lądowaniem przewodnika na ziemi. Całość obserwujemy z bezpiecznej odległości, jednak skłamałbym, że nie odczuwam strachu. Serce wali mi jak młot, z jednej strony strach doradza ucieczkę, z drugiej nieodparta chęć obejrzenia finału tej walki każe zostać. W końcu za naszą namową Fernando odpuszcza. Mieliśmy sporo „szczęścia”, że natknęliśmy się na węża. Podobno jest to rzadkie, jednak nikt nie wchodzi do lasu bez kaloszy. Innym owianym złą sławą wężem jest tutaj shushúpe (Lachesis muta). Podobnie jak hergon jest wężem nocnym, śpiącym, niegroźnym w dzień (jeśli się mu nie przeszkadza). Inaczej rzecz ma się w nocy…

Właśnie dzięki temu, że nocą zwierzęta mniej się boją, dużo łatwiej je zlokalizować. W świetle latarki często są zdezorientowane i zamierają w bezruchu. Dobrym przykładem są czarne kajmany, które w ciągu dnia szybko czmychają do wody, a w nocy pozwalają podpłynąć na odległość paru metrów. Kiedy ogromne cielsko zrywa się do ucieczki, canoe wstrząsają dwie fale – jedna wywołana przez kajmana, druga przez zrywającą się z miejsca Olę :) W powietrzu panami nocy są spore nietoperze o czerwonych ciałach i czarnych skrzydłach.

Bardzo ciekawie jest w wodzie. Wystarczy wrzucić kawałek jedzenia i już się kotłuje. Podobnie jak na lądzie, tak i tutaj trwa nieustanna walka o życie. Miażdżąca większość ryb jest drapieżna i posiada solidne uzębienie. Płaszczki natura wyposażyła w śmiercionośny kolec na ogonie, są też węgorze elektryczne. Najciekawszym mieszkańcem tutejszych wód jest paiche, jedna z największych ryb słodkowodnych. Musiała czekać od czasów prehistorycznych na największego drapieżnika wszech czasów – człowieka, który niemal wytępił te piękne zwierzęta. Mięso w miastach osiąga astronomiczne ceny, co stwarza zagrożenie dla wytrzebionej populacji. Na szczęście w wielu miejscach objęte są ochroną, prowadzi się systematyczne zarybianie, a odłowy teoretycznie są kontrolowane. W Amazonii spotkać można 2 gatunki delfinów słodkowodnych. Im bardziej zagłębiamy się w park, tym jest ich więcej. Często wynurzają się w pobliżu canoe, zdarza się, że jakiś odważniejszy osobnik ociera się o dno łódki. Przy jednej z noclegowni mam przyjemność obserwować ich żerowanie. Podobnie jak nasze bolenie, atakują płycizny, na których pływają ławice małych rybek. Najpierw w odległości kilkunastu metrów pojawią się grzbiet delfina, po czym gładkie, różowo-szare ciało siejąc popłoch wynurza się tuż przy brzegu, dynamicznie zakręca i znika w głębinach. Nie ukrywam, że jest to dla mnie spore przeżycie. Wszystko odbywa się przy pięknym zachodzie słońca. Zaczyna robić się ciemno. Czas uciekać przed nadciągającą zmorą sancuros.

Selwa to przede wszystkim flora ze swoim majestatycznym lasem. Choć może las jest tutaj określeniem nieodpowiednim, bo kojarzyć się może z porośniętym mchem poszyciem, spokojnym spacerem, wyprawą na grzyby. Selwa to przede wszystkim niezwykle agresywna ekspansja życia, zielona bomba rzucona na niezwykle podatny grunt. Powalają rozmiary i natłok zieleni. Drzewa z koronami poza zasięgiem wzroku, korzenie z tysiącami odgałęzień, ogromne paprocie i liście, wszędobylskie liany. W walce o światło przeplatają się, wyrastają jedne na drugich. Patrzę w jedno miejsce i nie jestem w stanie policzyć różnych gatunków roślin. Przy korzeniach gigantycznej lupuna człowiek czuje się jak krasnoludek z Kingsajzu. W obronie przed fauną wiele roślin wykształciło mechanizmy obronne takie jak kolce czy trujące składniki. Wysokość i zbicie roślinności wysokopiennej sprawia, że do poszycia dociera niewiele światła, przez co roślinność jest tutaj uboższa. Uboższa nie oznacza wcale uboga. Marsz przez las deszczowy wysysa z człowieka całą energię. Po paru minutach pot spływa po całym ciele. Ze względu na ogromną wilgotność ubranie praktycznie nie schnie. Wzmożona uwaga, chmary komarów i innego robactwa dopełniają dzieła złamania ducha. Kiedy spacerujemy w miejscu, gdzie są już ścieżki jest łatwo i przyjemnie. Kiedy wkraczamy w obszar, w którym to my wyznaczamy ścieżki, tak fajnie już nie jest. A mamy przed sobą przewodnika z maczetą.

Las daje życie i życie zabiera. Żywi, daje materiały na dom, canoe i narzędzia. Jest również źródłem lekarstw. Vegetalistas, szamani leczący przy pomocy roślin, są w stanie wyleczyć każdą chorobę, a nawet uratować po ukąszeniu węża. Bierne wobec tego bogactwa nie pozostają koncerny farmaceutyczne, które bez przerwy poszukują tu składników do swoich leków. Ogromna wiedza lokalnej ludności nie została nigdy spisana, co jest dla nich dodatkową przeszkodą. Podczas wędrówek po dżungli poznajemy różnych „zielonych lekarzy”. Jednym z ciekawszych jest Renaquilla. Wystarczy naciąć aby popłynął lek, którego człowiek ze swoją zaawansowaną technologią nie był w stanie wyprodukować od zarania farmakologii. O Ayahuasce przygotowywanej z pnącza Banisteriopsis caapi i liści Psychotria jeszcze może kiedyś napiszę, bo to temat wręcz magiczny.

Kawał historii wiąże się z kauczukowcem (Hevea Aubl.). Jego wydzielinę (lateks) ktoś kiedyś podał obróbce i stworzył kauczuk, który stał się to źródłem bajecznych fortun baronów kauczukowych i nieludzkich cierpień mieszkańców lasu (o tym być może trochę później). Świetnie realia te opisał w „Marzeniu Celta” Mario Vargas Llosa.

Aby dopłynąć do niemal przerysowanych w swej wielkości i wyporności liści wiktorii (Victoria amazonica), przez ponad pół godziny przedzierać musimy się przez zbity dywan mięsistej roślinności wodnej. Kiedy Juan prosi mnie o pomoc w „wiosłowaniu”, doceniam dzieło stworzenia oraz tytaniczną pracę, jaką do pewnego momentu przewodnik wykonywał sam.

Wszystko to jedynie nanowycinek z bogactwa świata, w którym przyszło nam przebywać…

Większość czasu spędzamy sunąc canoe po rzece Samiria. Z początku przypomina nieco naszą rodzimą Grabię, później Wartę, na końcu bliżej jej do naszej Wisły.

Mieszkamy różnie. Pierwszy nocleg zaliczamy w chatce, która znajduje się nad wodą. Jest wysoki stan wody i rzeka wylała daleko w las. Casitas (domki) jak je tutaj nazywają buduje się z drzew, które zakończyły swój żywot i kryje liśćmi palmowymi. Często trafiamy na chatki strażników (te zazwyczaj mają „kuchnię”, ubikację), czasami na chatki bez ścian lub sam daszek. Zdarza się też, że nasze obozowisko to zwykły kawałek ziemi. Miejsca te, z trudem wydarte ze szponów lasu, kiedy stoją nieużywane, w momencie zostają ponownie wchłonięte przez żarłoczną zieleń. Z początku rozwieszamy moskitierę, jednak z czasem przeprowadzamy się do namiotu, który lepiej chroni przed insektami.

Kolejna kluczowa rzecz – jedzenie. Listę produktów, które zabraliśmy już znacie. Uzupełniają ją ryby, mięso oraz różne owoce. Przez pierwsze 10 dni jemy naprawdę smacznie. Jeśli np. jest ryba, to w różnych wydaniach – smażona, gotowana, pieczona w ziołach. Z początku nie wadzi nam nawet makaron z jajkiem gotowanym. Po 10 dniach zaczyna się robić gorzej – zabrakło części produktów. Kiedy zaczynamy pokonywać dużo większe odległości, Juan często przygotowuje coś „na szybko”. Zazwyczaj ryż lub makaron z jajkiem. Jeśli trzęsą mi się uszy, kiedy jem suchary z marmoladą i popijam je dosładzanym jogurtem to wiedz, że coś się dzieje. Na szczęście sytuację po części ratują pracownicy rezerwatu. Przykład – kiedy nie możemy już patrzeć na makaron, na śniadanie i obiad jemy pyszne, smażone mięso z czarnego kajmana (smakuje jak pierś z kurczaka) ze smażonymi platanos. Polowanie na kajmany jest zabronione prawem, jednak wciskają nam kit, że pracownicy parku pozwolenie mają. Innym razem jemy pieczone mięso aguti. Z tym wiąże się pewna historia. Na drogę dostajemy kawał surowego mięsa. Tego dnia płyniemy długo i dopiero na drugi dzień przewodnik ma czas żeby się nim zająć. W chłodzie raczej nie leżało, w dodatku dziczyznę trzeba umieć przyrządzić, a Juan najzwyczajniej w świecie gotuje mięso. Rezultat jest taki, że pachnie jak niesprzątana od miesiąca ubikacja… Kiedy przewodnik zjada swoją porcję i idzie nad rzekę, aguti dostaje skrzydeł i wraca tam skąd przyszedł, czyli do lasu.

Coś o higienie. 2 lata temu dostaliśmy kategoryczny zakaz wchodzenia do wody. Juan pozwala się kąpać a nawet pływać w miejscu, w którym roi się od piranii. Kiedy pytam o niebezpieczne płaszczki macha ręką i mówi, że tutaj ich nie ma. Poprzednio były, co zmusza nas do zastanowienia się: jest to niezwykłe doświadczenie czy zwykłe lekceważenie? Innym razem z kolei zabrania się kąpać twierdząc, że delfiny mogą być niebezpieczne. Widocznie te w poprzednim miejscu były udomowione :) Za potrzebą idzie się w las. Koniecznie w kaloszach.

Dni mijają leniwie. Z początku wszystko fascynuje, z czasem staje się monotonne. Codzinnie ten sam rytuał zwijania/rozstawiania obozu, wielogodzinne przecinanie Samirii, która leniwie przetacza swe wody przez rezerwat.

Juan mówi nie wiele, skupia się na wiosłowaniu i rzadko wypatruje zwierząt, które nie zdradzają hałasem swojej obecności. Po pewnym czasie Ola przebija jego spostrzegawczość. Szybko okazuje się, że w ciągu 35 lat przec cały rezerwat przeprawił jedynie 2 turystów. Mimo to jest jednym z najbardziej doświadczonych przewodników. Wszystkie jego czynności wydają się być zminimalizowane do niezbędnej, precyzyjnie wymierzonej liczby ruchów. Wszystko to nosi znamiona jakiejś przedziwnej celebracji. Kiedy robi posiłek, zajmuje mu to nawet 2 godziny. Twarz Juana rzadko wyraża emocje. Nawet w najcięższych momentach ciężko wyczytać z niej złość. Po kilku dniach pierwszy raz widzę, jak się śmieje – na jego pogwizdywania odpowiedziało stado małp po drugiej stronie rzeki. Mimo 65 lat potrafi niemal bez odpoczynku wiosłować przez 10 godzin. Trzeba mu przyznać, że doskonale zna język zwierząt i często naśladuje ich odgłosy. Zawsze wie w którą odnogę skręcić, żeby było krócej i bez błądzenia. Dzień kończy samotnym papierosem. I tyle dobrego. Okazał się być strasznym krętaczem i nie będziemy za nim tęsknić. Jeśli ktoś będzie kiedyś wybierał się do parku z Acatupelem, niech postara się albo o 2 przewodników, albo o kogoś innego.