Pacaya-Samiria cz.1 – Ruszamy!

Amazonia jest najbogatszym pod względem flory i fauny regionem na Ziemi. Większość z jej 7 mln km² powierzchni zajmuje porażający bioróżnorodnością las deszczowy – Selva Amazónica. Sklasyfikowano tu 2,5 miliona gatunków owadów, prawie 40 tys. roślin, ponad tysiąc gatunków ptaków, setki gatunków ssaków, płazów i gadów. Położony niecałe 200 km na południe od Iquitos rezerwat Pacaya-Samiria jest największym chronionym prawem obszarem Peru i drugim co do wielkości w całej Amazonii.

Ruszamy!

Już jakiś czas temu Ola okrzyknęła nas bandą Cyganów. Każdy dłuższy wyjazd, przeprowadzka itp. to my + niezliczone zastępy tobołów. Nie inaczej jest tym razem. Oprócz naszych 2 dużych, 2 małych plecaków i torby z aparatem do mototaxi z przyczepką ładujemy:
- ponad 100 litrów wody,
- olbrzymią kiść platanos,
- skrzynkę z ziemniakami, cebulą i pomidorami,
- worek z ryżem, makaronem, mlekiem skondensowanym i innymi artykułami spożywczymi,
- worek z cukrem, jogurtami, napojami gazowanymi, słodyczami i innymi zbędnymi rzeczami,
- worek suchego pieczywa,
- wiadro jajek,
- pudło herbatników,
- worek z ekwipunkiem kuchennym,
- worek z sieciami,
- worek papieru toaletowego,
- różne folie do ochrony przed deszczem,
- torbę z rzeczami przewodnika,
- materac,
- kalosze.

Zachodzę w głowę jak to wszystko się pomieści na jednym canoe. W dodatku okazuje się, że jest ono malutkie i ujmijmy to delikatnie – wiekowe. Juan (przewodnik) co i rusz drapie się po głowie, przekłada, kombinuje. W końcu wszystko znajduje swoje miejsce. Na szczęście i nam udało się załapać „na pokład” i możemy ruszać. Woda niemal zrównuje się z poziomem canoe i z początku siedzimy bez ruchu, w obawie o to żeby nie nabrać gdzieś wody. Szybko okazuje się, że woda postanawia nabierać się sama, canoe najzwyczajniej w świecie przecieka. Na pierwszym postoju zostaje zaimpregnowane gliną. Służy ona później m.in. do uszczelnienia imbryka i odbudowania tylniej części łódki. Zaczyna się 18-dniowa przeprawa.

Yurimaguas raz jeszcze

Podróż do pewnego momentu przebiega bardzo spokojnie. Rozmawiam z przewodnikiem, który od 35 lat zapuszcza się do selwy. Okazuje się, że często turyści pytają czy będą mieli okazję zabić jakieś zwierzę (?!). Zawsze odmawia. Czasem z własnej inicjatywy odkupuje zwierzęta od miejscowych i zwraca im wolność. Z sentymentem na twarzy wspomina ogromne paiche łowione razem z ojcem w czasach dzieciństwa. Zdradza swoje sposoby na sen w dżungli i ochronę przed wężami. Podczas, gdy my rozmawiamy, z pokładu statku co chwila lecą do wody plastikowe butelki. Prawie całą kondygnację (są 2 piętra sypialne) zajmują uczniowie w wieku około 15-16 lat. Są strasznie głośno i wyraźnie za nic mają sobie ochronę środowiska. Po zmroku drą mordy (tutaj padła cenzura) przez kilka godzin, rano zaczynają jeszcze przed świtem. Okazuje się, że najgłośniejsi są ich opiekunowie. Cóż, z kim przystajesz…

Po strajku nie ma już śladu. Chyba miałem rację co do rozłamu poglądów w jego kwestii, bo co pewien czas widać na ścianach wymalowane sprayem „nie dla strajku”. Nie będę się rozwodził na temat odzyskiwania pieniędzy. Wszystko potoczyło się tak jak przewidywaliśmy, przyszło nam spędzić w Yurimaguas kilka dni. Przepychanki, zwalanie winy itd. Winston w pewnym momencie przychodzi z prawnikiem – hieną o oczach łasicy, który z prędkością TGV wykrzykuje tak absurdalne argumenty, że z trudem powstrzymuję śmiech. Mam nadzieję, że chociaż w tym wypadku głośniej nie znaczy lepiej, i że nasze działania w przyszłości uchronią przed tymi ludźmi innych podróżujących.

Słów kilka o samym mieście. Jest coś bardzo dziwnego i nieprzyjemnego w tym miejscu. W powietrzu unosi się niewypowiedziana groźba zmarnowanego życia. Widać to nawet po wszędobylskich psach, które w ogóle nie merdają ogonami. Rzucam jednemu kawałek mięsa z obiadu. Zjada w pośpiechu, po czym odruchowo zrywa się i kuli ogon pod siebie, kiedy ktoś przechodzi. Wyraźnie spodziewa się kary. Jakiś niewidzialny, okropny robak toczy wszystko dookoła. W Lagunas odległym o 12 godzin podróży rzeką ludzie są pogodni i uśmiechnięci. Na tutejszych twarzach nie widać radości. Nawet nasz nasz tonący w hałasie pokój, po którym ochoczo wałęsają się prusaki zdaje się potwierdzać moje spostrzeżenia. Nie wiem czy wszystko to uroiłem sobie przez pryzmat tego co nas spotkało? Chyba nie, bo w końcu zostawiłem za sobą negatywne emocje. Tak czy inaczej nareszcie odpływamy. Nie ma tego złego… Jak pisał Marquez:

„Być może Bóg chciał, abyś poznał wielu złych ludzi, zanim poznasz tego dobrego, żebyś mógł go rozpoznać, kiedy on się w końcu pojawi.”

Kierunek Lagunas. Żegnamy się na dłużej. Po raz trzeci a do trzech razy sztuka jak mawiają.