Czas na podejście pod same ruiny. Na początek kolejne 4 km czystego podejścia do Maranpata. W obozie zostawiliśmy część jedzenia i plecaki nieco zelżały. Od samego rana słońce praży niemiłosiernie, jednak jest dużo lepiej niż poprzedniego dnia i postoje nie są już tak częste. W połowie podejścia mijają nas 2 Amerykanki z maleńkimi plecakami. 10 min później mija nas zziajany Peruwiańczyk. Okazuje się, że jest ich przewodnikiem i nie jest w stanie nadążyć. Śmieje się, że normalnie się to nie zdarza, ale dziewczyny są sportsmenkami i mają dobrą kondycję. Ciekawe, bo budowa pań raczej nie wskazywała na uprawianie sportu :) W Maranpata kupujemy 2 wody (po zbrodniczej cenie 15 soli każda!) i jajka. Widać już ruiny, jednak aby dotrzeć do pola namiotowego potrzeba przejść kolejne ~4 km (zejścia i podejścia na przemian), co zajmuje nam jakieś 1,5 h. Na miejscu okazuje się, że Amerykanki mają do swojej dyspozycji całą świtę. Trzy dodatkowe osoby, 5 mułów i koń. Czekał już na nie namiot sypialny oraz duży namiot z kuchnią i kucharzem. Wyprawa ma trwać 11 dni (cel – Machu Picchu) i musiała chyba kosztować fortunę. Nie muszę chyba dodawać, że od razu podano stołu. Zapachy sprawiają, że czujemy się jak biedne dzieci za szybą cukierni. Całe szczęście poczęstowali nas pyszną zupą. Dobrze dla nich, bo mogło się to skończyć napadem ze scyzorykiem w ręku :) Poprawiamy makaronem z czosnkiem, cebulą, pomidorem i jajkami i jesteśmy gotowi by ruszać. Pozostaje zapłacić za bilet. Okazuje się, że kosztuje 38 soli a nie 10, jak gdzieś wyczytaliśmy. Całe szczęście, że wypłaciliśmy pieniądze z zapasem (miały starczyć do końca pobytu w Peru). Całkiem zabawne było by pocałować klamkę po 2 dniach marszu…

Na niemal 3 godziny zanurzamy się w ruinach i odmętach historii. Jest bajecznie pięknie. Smaczku dodaje gęsta dżungla, przez którą biegną ścieżki łączące poszczególne części Choquequirao. Z początku za namową przewodnika idziemy w czwórkę i możemy posłuchać opowieści o odkrywaniu ruin i pochowanych w nich mumiach. Szybko mylimy jednak drogę i zostajemy sami. Dosłownie. Żadnej ludzkiej duszy w zasięgu wzroku. Przynajmniej takiej widzialnej ;) Nikt i nic nas nie goni, spokojnie snujemy się pomiędzy kamiennymi murami. Najbardziej znanym miejscem w całym stanowisku są Llamas del Sol – lamy z białego kamienia w tarasach po przeciwnej stronie zbocza. Okazuje się, że są sporo niżej, i kiedy do nich docieramy jest już późno i słońce chowa się za otaczającymi nas szczytami. Minęła już godzina „zamknięcia” stanowiska dla turystów, a my musimy jeszcze pokonać niezliczone stopnie schodów biegnących stromo wzdłuż tarasów z lamami. Mina Oli na górze mówi wszystko :) Cóż, przeliczyliśmy się nieco z czasem i końcówkę pokonujemy z asystą latarek. Żałujemy bardzo, że nie można już sypiać na miejscu.

Rano budzi mnie ból. Rzekłbym zakwasy, ale chyba nie oddaje to istoty rzeczy. Popaliłem mięśnie i z trudem docieram do ubikacji. Pierwsza myśl – zostaniemy dzień dłużej. Druga – nie możemy sobie na to pozwolić. Przed oczami mam facjatę pracownika lotniska, który wbił mi do paszportu 80-dniową wizę. Kiedy go zobaczyłem, od razu wiedziałem, że będzie jakiś problem. 10 sekund później obsługiwałaby mnie bardzo miła pani. By. Typ obejrzał paszport i od razu wyjął stertę papierów z zalegającymi sprawami turystów (głównie jakieś zaległe opłaty, niemal same polskobrzmiące nazwiska…). Nie miał powodu, żeby nie dać 90 dni. Dał 80. Trzeba opuścić Peru przed Bożym Narodzeniem. A najpierw wrócić na czas z Choquequirao. Najgorzej jest na zejściach. Ból z początku mocno ogranicza moje ruchy. Nie chcę robić z siebie jakiegoś herosa czy męczennika. Sam sobie jestem winien. Strach pomyśleć co by było, gdybyśmy nie pojeździli wcześniej rowerami. Po pewnym czasie wszystko obraca się na moją korzyść. Skupiam się na nogach i nie czuję ciężaru plecaka. Po 4 godzinach jesteśmy z powrotem przy rzece. W planach było, że rozbijemy się przy Chikiska (ok 1,5 h podejścia). Idzie się jednak nadzwyczaj lekko i jako, że docieramy tam stosunkowo wcześnie, postanawiamy maszerować dalej. W końcu zaczęły się zgadzać orientacyjne czasy podejść, o które pytamy mijanych ludzi (nie musimy już mnożyć przez 1,5). Ktoś naprawił zepsute ramię. Ola, która musi mnie gonić, zaczyna posądzać mnie o symulowanie :) Namiot rozbijamy w miejscu o nazwie Cocamasana. Tej nocy księżyc świeci niemal tak jasno, że można czytać książkę. W oddali, na zboczach nieśmiało majaczą światełka pojedynczych domostw. Myśli krążą wokół 3 ostatnich miesięcy. Niemal 3 miesiące! Kiedy to zleciało? Żal będzie opuszczać kraj potomków Dzieci Słońca…

Na nogi zrywamy się skoro świt. Ok, ja się raczej pokracznie podnoszę. Mimo to trwa dobra passa i w dwie godziny z hakiem ponownie jesteśmy przy 11 km, gdzie spędziliśmy pierwszą noc. Końcówka płaska z lekkimi zejściami. Podejś trzeba jedynie do samej Cachory. W miejscu o nazwie Colmena, zgodnie z instrukcją przemiłego właściciela (spotkanego pierwszego dnia), biję w dzwon. Señor López wychodzi ze swojego domku i zaprasza nas na kawę. Gospodarstwo śmiało mogłoby posłużyć jako plan filmowy. Pomimo tego, że nie mamy nic ponad to co na bilety powrotne, gospodarz robi nam jeszcze naleśniki. Posiłek oraz żywotność Señor Lopeza szybo pozwalają zapomnieć o zmęczeniu. Za wędrówki po górach chwali Polaków i Czechów. Wypytuje o historię Polski, sam zagina nas wiedzą z różnych dziedzin. Czasem mam wrażenie, że wie wszystko o co pyta i tylko nas sprawdza. Bywa, że wykręcam się ubogim słownictwem :) Na koniec Señor Lopez zakłada jeansową kurtkę, amerykańską czapeczkę, duże czarne okulary i rusza z nami do wioski, gdzie poznaje nas ze swoimi pociechami. Trójka maluchów ma jeszcze czwórkę przyrodniego rodzeństwa w Szwecji. Jak widać duchy gór sprzyjają naszemu na oko 60-letniemu towarzyszowi :) Cachora – Cuzco. Jeść i spać.

Choquequirao było ostatnim punktem na naszej peruwiańskiej drodze. Dzień przed nami ruiny obejrzała dwójka turystów. Razem z nami kolejna dwójka. Dzień później nie było tam nikogo. W budowie jest kolejka linowa, która umożliwi łatwy dostęp dla tych, którzy niekoniecznie mają czas i siłę maszerować 2 dni po górach. Limit turystów na Machu Picchu wynosi 2500 dziennie. Podobnie może być tutaj. Wielkie mieliśmy szczęście, że mogliśmy Choquequirao oglądać w takich okolicznościach. Sami przy pięknej pogodzie.

Kończę. Oznacza to dwie rzeczy. Pierwsza – masz dużo cierpliwości i czasu na czytanie moich wpisów. Druga – za moment znowu wsiądziemy na rowery i niedługo zawitamy w Chile. ¡Hasta pronto!

FacebookTwitterPinterestGoogle+

2 komentarzy przy “Choquequirao – ostatni bastion cz.2

  1. Tez tam bylismy i BARDZO nam sie podobalo :) My szlismy az do Machu Picchu. Podobnie jak wy bez przewodnkikow, mulow, tragarzy, kucharzy… Za to z dwojka strasznie fajnych Francuzow poznanych w hostely Cuzco. Tuatj mozecie znalezc nasza relacje z trekkingu: http://poriomaniacy.blogspot.com.ar/2013/06/cachora-choquequirao-machu-picchu-11.html
    A co do wizy w Peru: nam sie udalo dostac pelne 90 dni, ale i tego bylo nam za malo :) Koniec koncow musielismy placic kare za ekstra 10 dni. Poza dosyc symbolicza kara 1 dolara za kazdy dzien oraz 10 dolarow oplaty administracyjnej nie ma zadnych sankcji, wiec stweirdzilismy, ze warto zsotac dluzej, aby zobaczyc wszystko co chcemy :)
    Pozdrawiamy z Argentyny :

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current day month ye@r *