Podróż do Lagunas

Nareszcie w drodze. Jak się okazało potem, były to tylko dobre złego początki, ale o tym za chwilę. Podelektujmy się najpierw tymi kojący chwilami na statku. W porcie tragarze uwijają się jak mrówki ładując w pełnym słońcu worki z kukurydzą. Niezwykle silni to ludzie. Pomimo niepozornej budowy każdy z nich przez kilka godzin taszczy na plecach 2 ogromne wory. Ze statku obok wynoszą olbrzymie bloki drzewa. Podróż trwa 12h i kosztuje 30 soli (w tym posiłek). Odpływamy. Hamaki są chyba najwygodniejszym „meblem” jaki można sobie wymarzyć. Świetne do siedzenia i spania. A i pohuśtać się można, jak ktoś ma takie życzenie. Za burtą szalona zieleń selwy, przez pokład przetacza się przyjemna bryza. Tuż przed zachodem kucharz bębnieniem o blachę oznajmia, że „podano do stołu”. Momentalnie wszyscy zrywają się na równe nogi i ustawiają w kolejce po paszę. Dziś coś w rodzaju naszego krupniku z kawałkiem kurczaka i gotowanego plátano. Mój język pisany nie należy raczej do zbytnio wysublimowanych, a już z pewnością nie jest poetycki. A takiego wymagała by próba opisania tego co czuję jedząc kolację, przy zachodzącym słońcu, delikatnym wietrze muskającym twarz (napisałbym wietrze we włosach, ale byłoby to nieprawdą :)), z nogami kołyszącymi się za burtą. To jeden z TYCH momentów. Nie zdarzają się często, jednak zdarzają i to chyba właśnie dla nich zmagamy się z trudami dnia codziennego. Po zachodzie jest jeszcze czas na lekturę i krótką drzemkę. Do Lagunas docieramy około północy. Za chwilę zacznie się mniej przyjemna część opowieści.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Yurimaguas – w martwym punkcie

Za chwilę wsiadamy na statek. W pewnym momencie zacząłem się już czuć jak główny bohater filmu Noi Albinoi. Wczoraj rano usłyszeliśmy to samo co przedwczoraj: dziś do Lagunas nic nie odpłynie. Nie działa transport lądowy i wodny. Cała sytuacja jest efektem strajku zorganizowanego przez Frente de Defensa de Alto Amazonas (Front Obrony Alto Amazonas), który zaczął się o północy w dniu, w którym wyruszyliśmy z Tarapoto. Na ulicach leży mnóstwo śmieci, prawdopodobnie jest to pokłosiem aktualnych wydarzeń. Kiedy drugiego dnia jemy śniadanie na pobliskim targowisku, które o dziwo funkcjonuje, przechodzi tamtędy grupa manifestantów. Ci z przodu idą pieszo, pozostali jadą mototaxis. Jest dużo krzyku i z początku czujemy się trochę niepewnie. Ludzie szybko zamykają lokale, w stronę tych, którzy nie zdążyli tego zrobić lecą obelgi. Wygląda to tak jakby manifestanci mieli żal, że nie podporządkowano się ustalonym zasadom. Nie wiem czy nie ma jedności w kwestii strajku, czy po prostu ludzi nie stać na dłuższe zaprzestanie handlu. Siedzący obok mnie Peruwiańczyk mówi, że jest bezpiecznie i żebym jadł spokojnie. Faktycznie kończy się na przemarszu i strachu. Z neta wyczytuję, że miejscowi domagają się poszanowania swojej ziemi, zaprzestania wycinki lasów (czytaj ustąpienia grupy Romero produkującej olej palmowy), ukończenia budowy lokalnego szpitala oraz realizacji kilku niespełnionych obietnic rządu. Kiedy tu przyjechaliśmy zażartowałem, że z takich protestów swego czasu wyniknęły m.in. w Peru i Argentynie straszne rzeczy. Pierwszej nocy postrzelono kilku z manifestantów. Jeden w stanie ciężkim trafił do szpitala w Tarapoto.

Wieczorem podchodzi do mnie staruszek, który zaczyna potwierdzać mój pogląd na całą sytuację. Opowiada o zastraszaniu mieszkańców okolicznych terenów, którzy z początku nie chcieli sprzedawać swojej ziemi, o korupcji władz lokalnych i tych wyżej, o tym kto tak naprawdę ma w tym wszystkim realne zyski. Niemalże, ze łzami w oczach pyta: „Co my biedni możemy z tym wszystkim zrobić? Nic.” Ileż to już razy historia zatoczyła to samo koło. Dziwne jest to, że tak szybko doszło do mobilizacji policji, która przybyła tutaj z odległego Tarapoto. Dziwne jest też to, że w stronę ludzi, którzy bez użycia przemocy postanowili walczyć o swoje, otworzono ogień. Pewne jest to, że w momencie kiedy interesy potężnych kompanii stają w obliczu jakiegokolwiek zagrożenia, nikt nie liczy się ze środkami. Podpisuję się pod protestem całym sobą. Mam nadzieję, że ludziom, którzy postanowili walczyć o swoje ziemie, uda się coś wywalczyć. Na tym skanie widać jak znikały okoliczne lasy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat – http://www.ciel.org/Publications/ElComercio_2Mar2013.pdf

Cała ta sytuacja przypomniała mi świetny dokument przedstawiający sytuację współczesnych potomków Majów w Meksyku i Gwatemali. Serce nieba, serce ziemi. Warto poświęcić te niecałe dwie godziny. A tak naprawdę coś więcej, tylko nic mi na ten moment nie przychodzi do głowy… Mam nadzieję, że kolejny wpis będzie już relacją z przepłynięcia przez rezerwat, który póki co jest chroniony prawem.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Yurimaguas – dzień świra

Z rana poszło gładko. Szybkie pakowanie i na dworzec, skąd odjeżdżają busy do Yurimaguas. Jesteśmy przed 7, kierowca twierdzi, że odjedziemy za jakieś 30-40 min. Jest to oczywiście kłamstwem, o czym doskonale wiemy, bo tutaj odjeżdża się jak jest komplet pasażerów. A w tym wypadku komplet jest o 9. A raczej nadkomplet bo pani, która zajmuje ostatnie miejsce wsiada z piątką dzieciaków. Siedzimy ściśnięci jak sardynki, ale bilet tani i do tego szczyty porośnięte selwą za oknem. Zbyt piękne by to było, gdyby aż tak łatwo wszystko poszło. Nagle ni stąd ni zowąd stajemy w szczerym polu, po czym kierowca każe wysiadać i zdejmuje bagaże. Są jakieś roboty drogowe i trzeba iść pieszo. Jak trzeba to trzeba. Nasze bagaże ważą ponad 20kg, ale co mają powiedzieć ludzie, którzy jadą z workami ryżu? No i zaczęło się. Najpierw polna dróżka, później łąka a na koniec dżungla. Razem z cieniem pojawiają się chmary komarów (co tylko usprawnia nasz marsz przez las). Przed nami turyści z walizkami na kółkach – coś słabo im idzie toczenie tych tobołów :D Po około 20 minutach docieramy do drogi, gdzie już czekają mototaxis. Oczywiście trzeba zapłacić. Ale to potem, najpierwkasują nas po s./5 za przejście pieszo tego odcinka (?!). Jadąc mototaxi zorientowaliśmy się, że w całym tym zgiełku nie zapytałem o cenę. Pierwsza podstawowa zasada – uzgadniaj cenę zawczasu.
- Przepraszam ile kosztuje przejazd z panem?
- 10 soli od łebka.
- Strasznie drogo, przecież to blisko.
- Nie, port jest bardzo daleko.
- Przecież widzę, że blisko. Albo dostaje pan po 5 soli, albo wysiadamy.
- Może być 10 za dwójkę.
10 soli to i tak podwójna stawka za taką odległość, za gapiostwo się płaci… Dalej wszystko toczy się przyspieszonym rytmem. Nagle okazuje się, że (nie wiem czy to odpowiedznie słowo) agencja, z którą mamy zamiar ruszać w las ma tutaj biuro (są to pośredniczący naganiacze, więc jest to kłamstwem). Zaczynają się negocjacje. Na początek s./150 za osobodzień. Twierdzą, że nawet Lonely Planet podaje taką cenę (kłamstwo). A i 26-28 dni trzeba płynąć a nie 21 jak ustalałem mailowo (kłamstwo). Za drogo. Winston (tak ma na imię chłopak, który na obsługuje) wychodzi dzwonić do szefa. No 100 soli w drodze wyjątku może być. Super oferta specjalnie dla nas. A i faktycznie jest trochę więcej wody niż zwykle, to się w 21 dni przepłynie. Za drogo. 80 soli to maksimum ile możemy dać (najchętniej dalibyśmy po 40, ale wtedy przewodnicy dostaliby głodowe pensje). Wychodzi. Wraca, zaczyna budować napięcie, udaje, że coś tam liczy. Está bien. Przyjęte. Identyczną szopkę odstawił przed nami 2 lata temu sam szef. Szkolił ich czy co? Co ciekawe po paru godzinach chłopak wyłapał wszystkich gringos, którzy jechali z nami busem :) Oczywiście na statek już za późno, wszystko pozamykane bo jest protest studentów (nie wiem gdzie oni tu studiują), hamaki droższe bo trzeba jeździć i szukać po domach, co chwila ktoś próbuje nas naciąć. Na koniec z portu przegania nas Burza (celowo pisane z dużej litery). A ja na wszystko:

Kilka fot na szybko. O 8.30 odpływamy. Czas na 3-tygodniowy odpoczynek od cywilizacji.

wysadzeni po środku niczego

dzieciaki grają w zbijaka :)

FacebookTwitterPinterestGoogle+