No i stało się

Chyba naszym największym problemem jest to, że zawsze staramy się być uprzejmi i mili. Żeby nikogo nie urazić, nigdy z góry nie odmawiamy. Od dziś koniec z taką postawą. Nie będę owijał w bawełnę, że jest kolorowo i cacy. Daliśmy się po frajersku naciąć i przyszło nam się poświęcać w celu odzyskania pieniędzy. Na miejscu okazuje się, że Manuel Rojas, który ma być naszym przewodnikiem, nie pracuje już dla agencji, z którą podróżowaliśmy 2 lata temu. Nikt nie odbiera nas w porcie i wiemy już ze coś jest nie tak. Wcześnie rano znajduje delikwenta, który jest delikatnie mówiąc lekko wczorajszy. Mówi mi żebym się nie przejmował, że wszystko jest ok. Jednak cytując polskie tłumaczenie jednego z filmów Tarantino „jest bardzo kurwa daleko od ok” (przepraszam za słownictwo, jak już wspominałem koniec z postawą „nie urazić nikogo”). Człowiek nie ma pozwolenia na wstęp do rezerwatu, o czym mówi nam jego żona, z którą jest w separacji (to ona prowadzi teraz agencje), i cały czas są z nim problemy. Szkoda dobry chłopak był i mało pił, niestety się pogubił. Popełniliśmy błąd płacąc pośrednikowi, który dał nam dobrą cenę. Pierwszego dnia jest jeszcze nadzieja, że coś uda się wskórać. Manuel znika, Winston (pośrednik) jest daleko stąd, więc nie mam specjalnego dylematu z wizytą u lokalnych stróżów prawa. Spędzam kilka godzin na komisariacie, gdzie 4 policjantów w pocie czoła uwija się by coś ustalić. Komisariat to niewielka chatka, 2 komputery i cztery biurka. Z tym akurat w Polsce dużo lepiej nie jest… Raczej nie mają tutaj dużo do roboty. Nasza sprawa otrzymuje nr 26. Nie wiem czy to numeracja miesięczna czy roczna. Obstawiam, że opcja nr 2. Na posterunku zjawiam się jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem jest okazja, żeby trochę pogadać. Policjanci w wieku dwudziestu paru lat maja już żony i dzieci. Najstarszy, mający największe poważanie pracuje od 34 lat. Nawet przy nim rozmowy maja luźny charakter. Jeden z funkcjonariuszy bez przerwy gra w Mahjonga, drugi ogląda pirackie filmy, które chwile temu przyniósł mu inny. Pytają o to jak się żyje u nas, ile się zarabia, ile Playstation kosztuje, czy piłkę nożna lubię. Polaco? Aaaa Lewandowski! Kiedy zostaję sam z jednym z szefów, zaczyna mi się zwierzać ze swoich sekretów rodzinnych. Ma 42 lata, 3 kobiety za sobą (tylko z jedną się ożenił), 3 dzieci, obecnie z 22-letnia dziewczyną. „Najważniejsze to mieć w życiu spokój i wolność”. Nie mógł znieść, że mu baba w komórce grzebie, wyrzuty o inne kobiety robi. Teraz ma to czego chciał. Kiedy chce, idzie pobalować, a i kiedy jego kobieta na 3 dni znika, nie ma nic przeciwko. Pyta czy to prawda, ze w Europie kobiety są zimne.

Wracamy do sedna sprawy. Drugiego dnia ogarnia mnie straszny gniew. Od rana krążę szukając Manuela. Znalazłem się w najwspanialszym miejscu na naszej dotychczasowej drodze, jednak w żaden sposób nie udaje mi się zapanować nad negatywnymi emocjami. Nawet medytacja nie pomaga. Roześmiane dzieciaki w szkolnych mundurkach zmierzają do szkoły, w koło mnóstwo uśmiechniętych ludzi, brak jakichkolwiek reklam, a ja chodzę struty myśląc tylko o tym, co złego mogłoby się przytrafić Manuelowi i jego wspólnikowi. Nawet nie chce mi się dotykać aparatu. Wieczorem nadciąga tropikalna burza. W momencie robi się ciemno i zaczyna lać jak z cebra. Kiedy w pamiętniku notuje: „Czy może być gorzej?”, w budynek hostelu uderza piorun. Przebrała się miarka. Część kasy udało się już odzyskać, jednak postanawiamy wrócić do Yurimaguas – jak odpuścimy kolejni turyści padną ofiara tej szajki. Nikomu nie życzę, żeby pakował się do selwy (w dodatku poza rezerwatem) z człowiekiem, który ma problemy z alkoholem.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Podróż do Lagunas

Nareszcie w drodze. Jak się okazało potem, były to tylko dobre złego początki, ale o tym za chwilę. Podelektujmy się najpierw tymi kojący chwilami na statku. W porcie tragarze uwijają się jak mrówki ładując w pełnym słońcu worki z kukurydzą. Niezwykle silni to ludzie. Pomimo niepozornej budowy każdy z nich przez kilka godzin taszczy na plecach 2 ogromne wory. Ze statku obok wynoszą olbrzymie bloki drzewa. Podróż trwa 12h i kosztuje 30 soli (w tym posiłek). Odpływamy. Hamaki są chyba najwygodniejszym „meblem” jaki można sobie wymarzyć. Świetne do siedzenia i spania. A i pohuśtać się można, jak ktoś ma takie życzenie. Za burtą szalona zieleń selwy, przez pokład przetacza się przyjemna bryza. Tuż przed zachodem kucharz bębnieniem o blachę oznajmia, że „podano do stołu”. Momentalnie wszyscy zrywają się na równe nogi i ustawiają w kolejce po paszę. Dziś coś w rodzaju naszego krupniku z kawałkiem kurczaka i gotowanego plátano. Mój język pisany nie należy raczej do zbytnio wysublimowanych, a już z pewnością nie jest poetycki. A takiego wymagała by próba opisania tego co czuję jedząc kolację, przy zachodzącym słońcu, delikatnym wietrze muskającym twarz (napisałbym wietrze we włosach, ale byłoby to nieprawdą :)), z nogami kołyszącymi się za burtą. To jeden z TYCH momentów. Nie zdarzają się często, jednak zdarzają i to chyba właśnie dla nich zmagamy się z trudami dnia codziennego. Po zachodzie jest jeszcze czas na lekturę i krótką drzemkę. Do Lagunas docieramy około północy. Za chwilę zacznie się mniej przyjemna część opowieści.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Yurimaguas – w martwym punkcie

Za chwilę wsiadamy na statek. W pewnym momencie zacząłem się już czuć jak główny bohater filmu Noi Albinoi. Wczoraj rano usłyszeliśmy to samo co przedwczoraj: dziś do Lagunas nic nie odpłynie. Nie działa transport lądowy i wodny. Cała sytuacja jest efektem strajku zorganizowanego przez Frente de Defensa de Alto Amazonas (Front Obrony Alto Amazonas), który zaczął się o północy w dniu, w którym wyruszyliśmy z Tarapoto. Na ulicach leży mnóstwo śmieci, prawdopodobnie jest to pokłosiem aktualnych wydarzeń. Kiedy drugiego dnia jemy śniadanie na pobliskim targowisku, które o dziwo funkcjonuje, przechodzi tamtędy grupa manifestantów. Ci z przodu idą pieszo, pozostali jadą mototaxis. Jest dużo krzyku i z początku czujemy się trochę niepewnie. Ludzie szybko zamykają lokale, w stronę tych, którzy nie zdążyli tego zrobić lecą obelgi. Wygląda to tak jakby manifestanci mieli żal, że nie podporządkowano się ustalonym zasadom. Nie wiem czy nie ma jedności w kwestii strajku, czy po prostu ludzi nie stać na dłuższe zaprzestanie handlu. Siedzący obok mnie Peruwiańczyk mówi, że jest bezpiecznie i żebym jadł spokojnie. Faktycznie kończy się na przemarszu i strachu. Z neta wyczytuję, że miejscowi domagają się poszanowania swojej ziemi, zaprzestania wycinki lasów (czytaj ustąpienia grupy Romero produkującej olej palmowy), ukończenia budowy lokalnego szpitala oraz realizacji kilku niespełnionych obietnic rządu. Kiedy tu przyjechaliśmy zażartowałem, że z takich protestów swego czasu wyniknęły m.in. w Peru i Argentynie straszne rzeczy. Pierwszej nocy postrzelono kilku z manifestantów. Jeden w stanie ciężkim trafił do szpitala w Tarapoto.

Wieczorem podchodzi do mnie staruszek, który zaczyna potwierdzać mój pogląd na całą sytuację. Opowiada o zastraszaniu mieszkańców okolicznych terenów, którzy z początku nie chcieli sprzedawać swojej ziemi, o korupcji władz lokalnych i tych wyżej, o tym kto tak naprawdę ma w tym wszystkim realne zyski. Niemalże, ze łzami w oczach pyta: „Co my biedni możemy z tym wszystkim zrobić? Nic.” Ileż to już razy historia zatoczyła to samo koło. Dziwne jest to, że tak szybko doszło do mobilizacji policji, która przybyła tutaj z odległego Tarapoto. Dziwne jest też to, że w stronę ludzi, którzy bez użycia przemocy postanowili walczyć o swoje, otworzono ogień. Pewne jest to, że w momencie kiedy interesy potężnych kompanii stają w obliczu jakiegokolwiek zagrożenia, nikt nie liczy się ze środkami. Podpisuję się pod protestem całym sobą. Mam nadzieję, że ludziom, którzy postanowili walczyć o swoje ziemie, uda się coś wywalczyć. Na tym skanie widać jak znikały okoliczne lasy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat – http://www.ciel.org/Publications/ElComercio_2Mar2013.pdf

Cała ta sytuacja przypomniała mi świetny dokument przedstawiający sytuację współczesnych potomków Majów w Meksyku i Gwatemali. Serce nieba, serce ziemi. Warto poświęcić te niecałe dwie godziny. A tak naprawdę coś więcej, tylko nic mi na ten moment nie przychodzi do głowy… Mam nadzieję, że kolejny wpis będzie już relacją z przepłynięcia przez rezerwat, który póki co jest chroniony prawem.

FacebookTwitterPinterestGoogle+