Yurimaguas – dzień świra

Z rana poszło gładko. Szybkie pakowanie i na dworzec, skąd odjeżdżają busy do Yurimaguas. Jesteśmy przed 7, kierowca twierdzi, że odjedziemy za jakieś 30-40 min. Jest to oczywiście kłamstwem, o czym doskonale wiemy, bo tutaj odjeżdża się jak jest komplet pasażerów. A w tym wypadku komplet jest o 9. A raczej nadkomplet bo pani, która zajmuje ostatnie miejsce wsiada z piątką dzieciaków. Siedzimy ściśnięci jak sardynki, ale bilet tani i do tego szczyty porośnięte selwą za oknem. Zbyt piękne by to było, gdyby aż tak łatwo wszystko poszło. Nagle ni stąd ni zowąd stajemy w szczerym polu, po czym kierowca każe wysiadać i zdejmuje bagaże. Są jakieś roboty drogowe i trzeba iść pieszo. Jak trzeba to trzeba. Nasze bagaże ważą ponad 20kg, ale co mają powiedzieć ludzie, którzy jadą z workami ryżu? No i zaczęło się. Najpierw polna dróżka, później łąka a na koniec dżungla. Razem z cieniem pojawiają się chmary komarów (co tylko usprawnia nasz marsz przez las). Przed nami turyści z walizkami na kółkach – coś słabo im idzie toczenie tych tobołów :D Po około 20 minutach docieramy do drogi, gdzie już czekają mototaxis. Oczywiście trzeba zapłacić. Ale to potem, najpierwkasują nas po s./5 za przejście pieszo tego odcinka (?!). Jadąc mototaxi zorientowaliśmy się, że w całym tym zgiełku nie zapytałem o cenę. Pierwsza podstawowa zasada – uzgadniaj cenę zawczasu.
- Przepraszam ile kosztuje przejazd z panem?
- 10 soli od łebka.
- Strasznie drogo, przecież to blisko.
- Nie, port jest bardzo daleko.
- Przecież widzę, że blisko. Albo dostaje pan po 5 soli, albo wysiadamy.
- Może być 10 za dwójkę.
10 soli to i tak podwójna stawka za taką odległość, za gapiostwo się płaci… Dalej wszystko toczy się przyspieszonym rytmem. Nagle okazuje się, że (nie wiem czy to odpowiedznie słowo) agencja, z którą mamy zamiar ruszać w las ma tutaj biuro (są to pośredniczący naganiacze, więc jest to kłamstwem). Zaczynają się negocjacje. Na początek s./150 za osobodzień. Twierdzą, że nawet Lonely Planet podaje taką cenę (kłamstwo). A i 26-28 dni trzeba płynąć a nie 21 jak ustalałem mailowo (kłamstwo). Za drogo. Winston (tak ma na imię chłopak, który na obsługuje) wychodzi dzwonić do szefa. No 100 soli w drodze wyjątku może być. Super oferta specjalnie dla nas. A i faktycznie jest trochę więcej wody niż zwykle, to się w 21 dni przepłynie. Za drogo. 80 soli to maksimum ile możemy dać (najchętniej dalibyśmy po 40, ale wtedy przewodnicy dostaliby głodowe pensje). Wychodzi. Wraca, zaczyna budować napięcie, udaje, że coś tam liczy. Está bien. Przyjęte. Identyczną szopkę odstawił przed nami 2 lata temu sam szef. Szkolił ich czy co? Co ciekawe po paru godzinach chłopak wyłapał wszystkich gringos, którzy jechali z nami busem :) Oczywiście na statek już za późno, wszystko pozamykane bo jest protest studentów (nie wiem gdzie oni tu studiują), hamaki droższe bo trzeba jeździć i szukać po domach, co chwila ktoś próbuje nas naciąć. Na koniec z portu przegania nas Burza (celowo pisane z dużej litery). A ja na wszystko:

Kilka fot na szybko. O 8.30 odpływamy. Czas na 3-tygodniowy odpoczynek od cywilizacji.

wysadzeni po środku niczego

dzieciaki grają w zbijaka :)

FacebookTwitterPinterestGoogle+

komu w drogę, temu czas

Opuszczamy Tarapoto. Ostatnie dni były bardzo leniwe i w zasadzie niewiele się działo. Dzisiaj (niedziela) miasto popadło w letarg. Odwiedzamy okoliczne wzgórza. Ludzie wylegli przed domy, rozmawiają, śmieją się, popijają piwko. Z domów i lokali słychać dźwięki muzyki. Miło. Jutro na dłużej opuszczamy miejski krajobraz. 6 h jazdy busem i kilkanaście godzin na statku dzieli nas od Lagunas – naszej furtki do rezerwatu Pacaya Samiria. Jak wszystko dobrze pójdzie w środę ślad naszej trasy zacznie przecinać połacie niezmierzonej zieleni. Do napisania!

To co czwartek po pracy? :)

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Tarapoto – przedsionek zielonej odysei

Dotarliśmy do Tarapoto miasta mototaxis, motocykli i, jak wynika z banerów rozwieszonych w poprzek ulic, roznegliżowanych pań prezentujących swe wdzięki ze scen lokalnych klubów. Z nieba leje się żar. 34°C w cieniu, bezwietrznie. Ciężko usiedzieć w pokoju z włączonym wiatrakiem. Nawet nie wyciągnąłem aparatu. Powoli zmierzamy w stronę rezerwatu Pacaya Samiria, gdzie zamierzamy spędzić 3 tygodnie. Ola odsypia ciężką podróż, ja gubię się w wąskich uliczkach miasta i własnych myślach. W lokalu, w którym jem kolację z telewizora zionie straszliwa papka. Wszyscy wpatrzeni jak w wahadełko hipnotyzera… Żegnam się muzycznie. Dobranoc

FacebookTwitterPinterestGoogle+