Chiclayo

Nocnym autobusem ruszamy do Chiclayo leżącego 13 km od Pacyfiku. Autobus nie był stworzony z myślą o śpiących pasażerach i w rezultacie docieramy mocno wymęczeni. Wita nas podobna pogoda jak w położonej nad oceanem Limie – jest pochmurnie i nie za ciepło. Mimo to postanawiamy odespać noc i zostać jeden dzień dłużej. O samym mieście niewiele mogę powiedzieć. Jest tłoczno i głośno, raczej nie będę tęsknił. Wieczorem jedziemy do nadmorskiego Pimentel. Jest zimno i wietrznie, ni krzty słońca na niebie. Plaża o tej porze roku niemal opustoszała. Połów już się chyba zakończył, jedna pani zabezpiecza kosze pełne krabów. Obok starych wysłużonych łódek postawione na sztorc tradycyjne łódki rybackie Caballitos de Totora. Idealny zestaw do popadnięcia w sentymentalny nastrój.

Kolejny dzień to spotkanie z historią. Z rana odwiedzamy (podobno) jedno z najlepszych peruwiańskich muzeów – Museo Tumbas Reales del Señor de Sipán w Lambayeque. Historia odkrycia kompleksu z grobowcem Pana z Sipán mogłaby posłużyć jako całkiem niezły scenariusz do filmu przygodowego z dzielnym archeologiem w roli głównej. Huaqueros (złodzieje grobów), policja, walka z wymianą ognia. Muzeum robi naprawdę niesamowite wrażenie. Odkrycie grobowców stawiane jest na równi z odkryciem grobowca Tutenchamona. Złodzieje nie zdążyli splądrować tego niezwykle bogatego stanowiska z pochówkami, dzięki czemu w muzeum mógł znaleźć się tak liczny zbiór reliktów z przeszłości.

Po muzeum ruszamy do oddalonego o dalsze 20 km na północ Tucumé, gdzie znajduje się kompleks 26 piramid (ludy Lambayeque, Sican oraz Chimú). Piramidy zbudowane z milionów cegieł adobe przez setki lat ulegały niszczącemu działaniu słońca, deszczu oraz huraganu El Niño, przez co aktualnie można je podziwiać jedynie z punktu obserwacyjnego położonego na pobliskiej górze. Znajdujemy się w półpustynnym otoczeniu i dzisiaj dla odmiany słońce postanowiło sobie poprażyć. Jako, że wcześniej było raczej chłodno, oddałem wszystkie letnie rzeczy do pralni i wybrałem się w bieliźnie termoaktywnej i koszuli. Dlaczego mnie to nie dziwi? W drodze powrotnej roześmiane dzieciaki zaczepiają nas przeciągniętym „helllllo”. Pogodziłem się już, że dla miejscowych zawsze będziemy Amerykanami…

Powrót to istny popis kierowcy minibusa. Panamericana do najmniej uczęszczanych dróg raczej nie należy. Ciężarówka jadąca z naprzeciwka, wyprzedzająca po naszym pasie? Nic takiego – kierowca nawet nie myśli o tym żeby zwalniać. Zamiast tego spycha na pobocze jadące przed nami mototaxi. W terenie zabudowanym, gdzie wydaje się, że igły nie wciśniesz również świetnie daje sobie radę. Polskie wyprzedzanie „na trzeciego” to mały miki przy tym co się tutaj dzieje. Na koniec, idąc już pieszo, trafiamy na skrzyżowanie, na którym trwa zażarta walka o przejazd. Nie ma świateł, kierującego ruchem, każdy centymetr po centymetrze przepycha się do przodu. Z wciśniętym klaksonem rzecz jasna. Chyba czeka ich długa doga do domu.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Cajamarca

Opuszczamy Limę. Chyba muszę powiedzieć, że w końcu, bo ostatnie dni wyssały z nas całą energię. Udajemy się do położonej kilkaset kilometrów na północ Cajamarki. Peruwiański transport zawsze nas zadziwiał. Luksusowe autobusy, hostessy, ciepłe posiłki, wygodne, nadające się do spania fotele w 2 klasie (te w pierwszej podobno można rozkładać „na leżąc”). Tylko puszczanie filmów mogli by sobie darować. Cały dzień lecą amerykańskie hity z dźwiękiem podkręconym na maksa. Wszystko oczywiście z pirackich płyt :) Mimo to jakoś tak spokojnie się zrobiło. Za oknem andyjski krajobraz, niekończące się serpentyny dróg, w wioskach i na polach compesinos ubrani w tradycyjne stroje pracują na polach, wypasają owce.

Cajamarca położona na wysokości 2750 m n.p.m. jest miastem, które zajmuje w historii Peru jedno z kluczowych miejsc. To tutaj hiszpańscy konkwistadorzy zastali Atahualpę, władcę Inków, tutaj podstępnie go pojmali i stracili. Miasto wita nas słońcem. Jest bardzo spokojnie choć po Limie spokojnie wydawało by się pewnie i w Warszawie.

Na pierwszy ogień idzie Cumbe Mayo, które jest stanowiskiem archeologicnym z akweduktem wybudowanym prawdopodobnie około 1500 lat p.n.e. W związku z tym, iż cenowo wychodzi to lepiej, wybieramy się ze tam ze zorganizowaną wycieczką. Później ciężko nam znaleźć plusy tej decyzji. Chyba fakt, że ruszamy spod hostelu, i że jest z nami przewodnik. Cała reszta in minus. Co chwila postoje na cykanie zdjęć (oczywiście samych turystów), zakupy u miejscowych, posiłek. Jedna pani kręci nagrywa całość na kamerze. Współczuję jej znajomym. Samo miejsce bardzo urocze – dookoła strzeliste, skaliste formacje (kamienny las) z wtopionymi w krajobraz domkami. Szkoda tylko, że miejscowi nauczyli się tutaj żyć z turystów. Panie w tradycyjnych strojach, gdy tylko zobaczą zbliżającą się grupę, biorą na ręce małe owieczki i czekają aż ktoś zrobi im zdjęcie (oczywiście za odpowiedznią opłatą). Co chwilę ktoś wyciąga rękę, i tak aż do samego końca trasy… Wieczorem odwiedzamy jeszcze festiwal tańców regionalnych Peru, Ekwadoru i Kolumbii.

Następnego dnia organizujemy sobie wyjazd na własną rękę. Wcześnie rano odwiedzamy Baños del Inca, gdzie swego czasu moczył swój królewski tyłek Atahualpa. Kąpiemy się w basenie z bardzo ciepłą wodą, po czym pieszo ruszamy obejrzeć nekropolię Ventanillas de Otuzco. Miasto płynnie przechodzi w prowincję, choć warto zauważyć, że przez całą trasę do stanowiska biegnie równy asfalt (chociaż jeździ po nim mnóstwo ciężarówek). Można? Szkoda tylko, że wszystko że dookoła wala się mnóstwo śmieci. Mijamy znak „dbaj o środowisko naturalne”. Kiedy dwa lata temu płynęliśmy do Lagunas ludzie wyrzucali do rzeki puszki po piwie. Na wycieczce do Cumbe Mayo dzieciaki wyrzucają papierki po słodyczach, rodzice nie reagują (zapewne przykład poszedł z góry). Szkoda. Po obejrzeniu ruin ruszamy w dalszą drogę z zamiarem dotarcia do Ventanillas de Combayo. Kończy się asfalt, przestają nas mijać mini busy do Cajamarki. Wioska wygląda jakby za nic miała sobie tempo życia współczesnego świata. Przed domami rozmawiają campesinos w lokalnych strojach, na kuchniach obok domów panie pichcą niedzielny posiłek. Nawet psy leżą nieruchomo i nie reagują na nic. Wszystko to naturalne, nie na pokaz dla turystów. Zupełnie inny jest odbiór otoczenia, kiedy się jedzie coś obejrzeć z wycieczką i kiedy działa się na własną rękę. Ostatecznie uznajemy jednak, że zabraliśmy za mało wody i zawracamy.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Lima – zdjęcia

limeński street art

Nie ma tego dużo. Wrzucam to na co trafiłem. Jak już coś się spotka, ma to zazwyczaj jakiś głębszy przekaz.

Różne

FacebookTwitterPinterestGoogle+