Argentyńskie dziwy

20140602_quebrada_de_las_conchas-11

Są takie miejsca na Ziemi, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie przebywał za dużo na słońcu i wzrok nie płata mu figla. Do miejsc takich należą z pewnością argentyńskie quebradas. O tym jak niezwykłe i unikatowe to miejsca może świadczyć fakt, że nie znajdziemy ani polskiego, ani angielskiego odpowiednika dla określenia tych niezwykłych formacji (odpowiedniki owszem istnieją, ale w językach takich jak aymara czy runa simi). Odkąd jazda rowerem stała się przyjemnością samą w sobie, przestałem się nastawiać na to, że Bóg wie co zobaczę. Tym większe było osłupienie w zderzeniu z bogactwem kształtów jakimi działanie wody, wiatru i promieni słonecznych naznaczyło tutaj krajobraz.

W wyniku skomplikowanych procesów geologicznych, paleta i intensywność kolorów daleko odbiega od tego, z czym człowiek styka się na co dzień. Do filmowania używam filtra przyciemniającego, który często przekłamuje kolory. Przez lenistwo nie zdejmuję go podczas robienia zdjęć i muszę później dodatkowo korygować balans bieli. Powiem szczerze, że momentami nie wiedziałem, jak się do tego zabrać.

Świetna trasa na rower. Droga jak w mordę strzelił przecina bajkowy krajobraz. To za co w parkach Ischigualasto i Talampaya trzeba słono płacić (w dodatku nie można w spokoju oka nacieszyć), tutaj dostajemy zupełnie za darmo, bez żadnych limitów.

Zdjęcia sprzed 3 miesięcy (Quebrada de las Conchas, Quebrada de Humahuaca, Quebrada de Las Flechas). Właśnie wylądowałem tutaj po raz trzeci i jest to chyba dobry moment na nadrobienie zaległości.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Film z Chile

Ola od niemal miesiąca w Polsce, brat też już wyjechał. Sam zostałem. Jakoś tak strasznie dziwnie… Wygląda na to, że powoli wszystko zmierza w kierunku powrotu… O powrotach jeszcze będzie, tymczasem film z Chile, który w końcu miałem czas zmontować. Minęły niecałe 3 miesiące, a wydaje się jakby wszystko działo się lata temu. Przyznam szczerze, że parę razy serducho zabiło jakoś tak inaczej…

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Czar północy

20140529_tafi_del_valle-6

Wielu mężczyzn gromadziło się w domach, gdzie stało wiele koni uwiązanych przed gankiem, ale tam, gdzie jeden tylko koń czekał ukryty w krzakach, jego pan musiał zdjąć ostrogi, by ciszej wejść do domu, gdzie nań czekał cień. Z zainteresowaniem zaobserwowałem, że koń, który niegdyś był najcenniejszym skarbem człowieka Europy, jego machiną wojenną, wehikułem i posłańcem, piedestałem wielkich ludzi, ozdobą posągów i łuków triumfalnych, nadal pozostał bohaterem swej wielkiej historii w Ameryce, bo tylko w Nowym Świecie spełniał jeszcze znakomicie i na tak szeroką skalę swoje wieczne role. Gdyby je oznaczyć białymi plamami na mapie, jak terytoria nieznane jeszcze w średniowieczu, Ziemie Konia zajęłyby czwartą część półkuli, dając świadectwo wspaniałej obecności Podkowy w strefach, gdzie Krzyż Chrystusowy wkroczył na koniu, nie dźwigany z trudem na plecach, lecz dzierżony w dłoni, wysoko uniesiony w górę przez ludzi, których wzięto za centaury.

Alejo Carpentier, „Podróż do źródeł czasu”

Po nieco bezbarwnym, zdecydowanie europejskim południu, nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Miasteczka i wioski północy oczarowują. Nawet te, które położone są przy głównych, łatwo dostępnych, turystycznych szlakach mają w sobie coś magicznego. Warto poświęcić trochę więcej czasu i odwiedzić miejsca chronione brakiem asfaltu i wysokimi przełęczami. Momentami, kiedy wydaje się już, że nie sposób żyć na takim odludziu, tak wysoko, w tak skrajnie niegościnnych warunkach, nagle pojawiają się niewielkie skupiska domostw. Odnosi się wrażenie, że zarówno budynki, jak i ich mieszkańcy wtopieni są w krajobraz. Senne Cachi oraz nękane palącym słońcem, przenikliwym zimnem i huraganowymi wiatrami San Antonio de los Cobres wyglądają, jakby niewiele robiły sobie z upływu czasu. Kolorytu całości dodają gauchos maszerujący z dumą na swych koniach. W jednej z wiosek zagadał nas na oko 80-letni staruszek, który pomimo wieku wciąż ciężko pracuje. Do swoich stad zawsze jeździ konno. Wyrusza wcześnie rano, by dotrzeć na miejsce na drugi dzień po południu.

Przyjemnie jest również w dużych miastach takich jak Salta czy Jujuy. Zdecydowanie zapachniało peruwiańskimi klimatami, za którymi tak się stęskniliśmy. Na ulice wyjechało to, co teoretycznie nie ma prawa już jeździć, bez najmniejszych problemów zjeść można na ulicy, co i rusz ktoś pakuje się z jedzeniem do autobusu. Tłoczno, gwarno, jakoś tak bardziej rdzennie. Wieczorami w lokalach zwanych peñas rozbrzmiewa lokalna muzyka, ludzie jedzą, piją, śpiewają. Honor musimy zwrócić Argentynkom – ocena ich urody przez pryzmat południa okazała się nietrafiona. Równowaga w przyrodzie musi być.

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. ...
  10. 27