Kierunek północ

20140622_cachi-30

Podróż do Mendozy ostatecznie zamknęła naszą wędrówkę na południe kontynentu. Pod względem logistyki zdecydowanie łatwiej jest w „wąskim” Chile. Albo się jedzie z północy na południe, albo odwrotnie. W przypadku Argentyny tak łatwo już nie jest. Ósme pod względem wielkości państwo na świecie to w dużej mierze mało ciekawe, słabo zaludnione regiony (liczba ludności zbliżona do Polski), które zdecydowanie przyćmiewa strona chilijska. Jak już wspominałem z Río Gallegos udało nam się złapać transport do Mendozy. Po ponad 2600 kilometrach mało urozmaiconej drogi (głównie pampa), nagle na horyzoncie pojawia się ośnieżona precordillera Andów, która jest nieśmiałą (w sumie może bardzo śmiałą) zapowiedzią tego, co Stwórca zgotował na północy. Pokonując przełęcz, przez którą prowadzi droga z Monteros do Cafayate dostajemy delikatny przekrój tego, co ma tutaj do zaoferowanie przyroda. Pnąca się stromo w górę asfaltowa nitka przecina wilgotny las deszczowy, by wypłaszczyć się na wysokości 2000 m n.p.m., gdzie bujna zieleń zastąpiona zostaje przez skąpą roślinność typową dla wyższych partii górskich. Roślinność przerzedza się jeszcze bardziej 1000 metrów wyżej, by przejść ostatecznie w półpustynny krajobraz po drugiej stronie przełęczy. Bogactwo mikroklimatów sprawia, że w okolicach Tafi del Valle uprawia się niemal wszystkie owoce i warzywa. Momentami mieszanka, której doświadczamy wprawia w zakłopotanie. Palmy i gigantyczne kaktusy obok winnic oraz pożółkłych, kojarzących się z polską jesienią drzew, na których siedzą stada rozwrzeszczanych, zielonych papug. Zakłopotanie przechodzi w oszołomienie, ale o tym później.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

20140525_ischigualasto_talampaya-19

Przyznam szczerze, że zmęczyło mnie łapanie stopa i stęskniłem się z jazdą rowerem. Przerobiliśmy chyba wszystkie możliwe opcje transportu – od pickup’ów, poprzez autobusy i tiry, na lodówkach przewożących ryby kończąc. Tym większa była moja radość, kiedy w końcu mogliśmy zacząć się skupiać na pedałowaniu. Nic nie może równać się z powolnym przecinaniem chłodnego, porannego powietrza, przy pięknym wschodzie Słońca, w otoczeniu czerwonej gleby, skał i kaktusów. Bo tak właśnie zaczął wyglądać krajobraz, który z punktu widzenia samochodu wydawał się mało ciekawy.

Parki Ischigualasto (argentyńska Valle de la Luna) oraz Talampaya, jedne z najważniejszych obszrów paleontologicznych Ziemi, stały się jedną z głównych atrakcji północy Argentyny. Pośród sięgających okresu triasu (230 mln lat!) formacji skalnych odnaleziono liczne szczątki dinozaurów oraz mnóstwo roślin kopalnych. Jednym z ciekwszych miejsc Ischigualasto jest Cancha de Bochas, w którym w niewyjaśniony sposób z ziemi wyłaniają się dziwne kule. W parku Talampaya zastanawiające są z kolei petroglify przedstawiające postacie przypominające kosmonautów. The Truth Is Out There.

Teraz będzie o biznesie. W roku 2000 parki wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Można je odwiedzać jedynie z przewodnikiem, czyli znowu zorganizowane grupy… Teraz idziemy tutaj, patrzymy w lewo, teraz w prawo, takie zdjęcie sugeruję, może zrobić państwu zdjęcie razem itd. Jestem zwolennikiem ochrony środowiska i rozumiem, że są miejsca, gdzie potrzeba ludzi, którzy nad wszystkim czuwają. Nietrudno sobie wyobrazić jak ktoś wdrapuje się na skałę i robi sobie fotkę z idiotyczną miną na portal społecznościowy. Takie czasy. Jak ktoś mi jednak mówi, że owszem można pojeździć rowerem, ale tylko jak wypożyczę od niego, to już jestem zły. Finał był taki, że park Ischigualasto oglądaliśmy z perspektywy samochodu małżeństwa w średnim wieku (na koniec odłączyli się i wracali pędem, bo pani musiała wracać na „siku”), a park Talampaya z jeżdżącego na czterech kółkach domu starców. Główną atrakcją dla większości i tak były chipsy i lampka wina…

Zdjęcie tytułowe wpisu powinno pewnie przedstawiać skały, kule mocy, lub coś w tym stylu, jednak postanowiłem nim upamiętnić pewne wydarzenie. Pomiędzy parkami jest dobre 60 km odległości. Późny start i wiatr w twarz (jakżeby inaczej) sprawiły, że do Talampaya dotarliśmy o zmierzchu. Po drodze skały, skąpa roślinność, pod względem fauny niemal martwo. Nagle na tle cudownie pokolorowanego przez zachodzące Słońce nieba pojawiły się rozwrzeszczane papugi. Setki papug! Zaczęły krążyć nad moją głową, wyraźnie zaaferowane dziwnym przybyszem. Latały tak dobre kilka minut. Może się bały, a może chciały po prostu dać upust afirmacji życia, wolności. Może najzwyczajniej w świecie bawiły się samym lotem. Z nadmiaru szczęścia śmiałem się sam do siebie, krzyczałem wniebogłosy. Nie oddałbym tego momentu za żadne tam parki czy inne atrakcje…

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Wracamy po dłuższej przerwie. Ostatnie 2 miesiące zleciały jak z bicza strzelił. Nieuchronnie zbliżający się termin powrotu Oli oraz wizyta brata wywołały przyśpieszone tętno i tempo podróży.

Podczas, gdy w Europie silnie zakorzeniony jest zwyczaj picia kawy, Argentyna to zdecydowanie kraj yerba mate. Podczas gdy picie kawy rytuałem jest rzadko, tak picie mate niemal zawsze. Przygotowanie matero, brak pośpiechu, pierwsze zalanie, odpowiednia temperatura wody, a przede wszystkim towarzystwo, bo w samotności pije się rzadko – wszystko to sprawia, że picie naparu z ostrokrzewu paragwajskiego ma w sobie coś magicznego. Po ulicach przemykają ludzie z ogromnymi termosami pod pachą, wszędzie automaty z gorącą wodą. Szkoda, że nie mieliśmy w Polsce tak silnie zakorzenionego zwyczaju, który przyciągałby do siebie ludzi. Kiedyś ludzie wyprawiali imieniny, urodziny, spotykali się w ciągu dnia, całe wieczory potrafili grając w karty spędzać. Dzisiaj już nawet wódki napić się razem nie chce… Odnoszę wrażenie, że moc rytuału picia yerba mate uratowała tu więzi międzyludzkie. Bo podczas „cudu ekonomicznego” Argentyńczycy konsumować też się nauczyli…

Pisząc o Argentyńczykach i ich zwyczajach, nie sposób nie wspomnieć o winie. Dzięki zróznicowaniu klimatu, uprawa winorośli możliwa jest w wielu prowincjach kraju. Najbardziej znaną jest Mendoza. O samych winach się nie wypowiem, jednak jeśli ktoś nastawia się na wizyty w winiarniach, to zdecydowanie polecamy prowincję Salta. Sama Mendoza to winnice wciśniete w mocno zurbanizowany krajobraz. Salta zupełnie odwrotnie – maleńkie, klimatyczne miasteczka, zagubione w rozciągających się po horyzont winnicach. Argentyna jest jednym z największych producentów win na świecie. Dzięki osłabieniu wartości argentyńskiego peso, cena gronowego trunku jest dla nas co najmniej trzy razy niższa niż w Polsce. Nie o to jednak w tym wszystkim chodzi – trudno się nie zgodzić z jednym z haseł z galerii poniżej. Najlepsze wino to nie najdroższe, ale takie, które pijemy w towarzystwie. Podczas, kiedy miłośnikiem picia mate byłem od dawna, tak picia wina nauczyłem się dopiero teraz (nie oszukujmy się – głównie za sprawą Oli). Żeby jednak nie było zaznaczam, że wciąż dzielę wina na dwa rodzaje – takie, które mi smakują (wśród nich żabkowy Komandos) i takie, które mi nie smakują :) ¡Salud!

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. 8
  10. ...
  11. 27