20140405_droga_do_el_chalten-5

W Villa O’Higgins okazuje się, że oprócz nas na południe zmierza jeszcze siódemka rowerzystów. 42.000 chilijskich pesos (przy obecnym kursie niemal 240 zł) za 3-godzinną podróż promem to nieco wygórowana cena. Nóż się w kieszeni otwiera. Tym bardziej, że zgodnie z dokumentami wiszącymi w biurze przewoźnika, państwo dofinansowało przewozy również dla turystów. Dwójka Włochów przez pół godziny bezskutecznie próbuje wykłócać się z właścicielem. Skoro ktoś gościł dzień wcześniej byłego prezydenta, to raczej może sobie bezkarnie praktykować okradanie biednych rowerzystów i dwójka buntowników raczej mu nie zaszkodzi. Wszyscy grzecznie zapłacili, po czym rozbili namioty w porcie. Pobudka przed 6, chwilę po 10 ponownie jesteśmy na lądzie.

Z jedzeniem przygotowaliśmy się na 3 dni. Naczytaliśmy się o skali trudności przejścia, w głowach mamy założenie, że na prom po argentyńskiej stronie pierwszego dnia i tak nie zdążymy. Potwierdza to raczej fakt, że bagaż miejscowych zabiera ciężka maszyna drogowa. Spokojnie jemy śniadanie, przy odprawie analizujemy mapę. Zaczyna się… Pierwsze ~5 km to w większości strome podjazdy, które często kończą się pchaniem roweru. Przez kolejne, w miarę płaskie 10 km można już spokojnie jechać. Gorzej jest niestety po argentyńskiej stronie – szerokie ripio zamienia się w zwykłą leśną ścieżkę. Jechać da się tylko momentami. Co chwilę trzeba przepychać rower pomiędzy skałami i korzeniami. Jak by tego było mało, dochodzą strumienie i bagna… Nagle zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli podkręcimy tempo, powinniśmy zdążyć na prom. Końcówka ostro daje nam popalić. W pośpiechu co chwila ktoś się przewraca. Ola z trudem wyciąga mnie z krzaków, po chwili ze strumienia wyciągamy jej rower. Ściągałem buty tylko po to, żeby ostatecznie i tak wpaść do wody… Zdążyliśmy, ale sam nie wiemy po co się tak spieszyliśmy… Można było na spokojnie zejść następnego dnia. Tyle mięsa nie poleciało z naszych ust chyba nigdy. Ostatnio była dobra pogoda. Nie wyobrażam sobie co przeżywają ludzie, którzy toczą swoje rowery po kilku dniach deszczu w przeciwną stronę (dla nas końcówka to ostry spadek)…

Na horyzoncie Fitz Roy. W końcu będzie okazja, żeby trochę połazić. Najpierw jednak trzeba odpocząć. Chyba zasłużenie.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

20140312_carretera_austral-105

„Przegapicie ostatni prom.”

Słowa belgijskiego rowerzysty wstrząsnęły naszym spokojem, obróciły wszystko o 180 stopni. Cały czas wydawało nam się, że promy z Villa O’Higgins kursują cały rok. Nic bardziej mylnego – ostatni odpływa 5 kwietnia. Później przez wiele miesięcy wielkie nic. Jest jeszcze inna opcja – paso Río Mayer, przejście graniczne które wymaga przenoszenia roweru „na plecach” przez las. Mina Oli mówi wszystko, nie ma wyjścia – trzeba zdążyć przed piątym.

Pomimo tego, że całą energię zużywamy na jazdę, nie ma szans na przebycie pozostałej drogi na rowerach. Z obliczeń wynika, że trzeba skorzystać z podwózki. Po ponad 1600 km pakujemy rowery na pakę pickupa, który skraca pozostały dystans o całe 116 km. Z początku byłem trochę zły, później było mi jakoś tak smutno. Gdyby nie 4 dni bezsensownie nadłożone w San Carlos de Bariloche, gdyby nie lodowiec itd… „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka. Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka” jak śpiewał wieszcz Kazik. Później dotarło do mnie, że przecież pokonanie całej drogi nie było celem samym w sobie. Dwie godziny spędzone w samochodzie szybko uzmysłowiły nam, jak upośledzony jest odbiór otoczenia z perspektywy czterech kółek. Jakby nie patrzeć jest też dobry powód żeby jeszcze wrócić :)

Do Patagonii niepostrzeżenie przyszła jesień. Zabrała kilka stopni ciepła, po czym trąciła zieleń rdzą, żółcią i czerwienią. Puste dotychczas pickupy i ciężarówki wiozą coraz częściej drewno na opał. Nadciąga zima. Podczas gdy ktoś będzie grzał się przy kominku, my po raz kolejny zapniemy poły naszego domku, w którym może nie będzie tak ciepło, ale nie mniej pozytywnie. Zima pozazdrościła już zresztą jesieni, bo co i rusz pokrywa bielą okoliczne szczyty. Jeden dzień zwłoki i na najwyższej przełęczy jechalibyśmy po śniegu.

Pod koniec czuję się jak Phileas Fogg, główny bohater „W 80 dni dookoła świata”. Jest jednak jedna mała różnica. Podczas, kiedy on dzięki zmianom stref czasowych dostaje jeden dzień ekstra, nam poprzez przesunięcie godzin kursowania jednego z promów zabierają kolejne 3 godziny, co w przypadku spóźnienia spowodowałoby stratę całego dnia. Wszystko wyliczone było co do godziny i znów zmuszeni jesteśmy do łapania stopa. Podwózka carabinieros zostaje przerwana napotkanym wypadkiem, jednak przebyte 30 km idealnie ratuje naszą sytuację. Zdążyliśmy. Jeszcze „tylko” przeprawa do argentyńskiego El Chalten i zasłużony odpoczynek.

Podsumowując – było cudownie. Przedawkowany wysiłek, bolące stawy, zimno nie pozwalające spać, jazda z przemarzniętymi dłońmi i stopami, zgubiona wędka, padający obiektyw, rozlatujące się rowery – wszystko to nie było w stanie popsuć nam humorów. Poznaliśmy patagoński wiatr, który sprawia, że jazda z górki wymaga wysiłku jak na podjeździe, nagłymi zrywami rzuca na pobocze, mrozi do kości a w nocy szydzi z konstrukcji naszego namiotu. Jego starszy brat podobno każe kłaść się na ziemi, jednak nie przyszło, i mam nadzieję nie przyjdzie nam się z nim spotkać. Zdarzały się również deszczowe dni odbierające chęć życia. Czasami z nadzieją oczekiwałem na podjazd, który pozwoli się rozgrzać. Bywało, że hamowałem na zjazdach, żeby móc pedałować. Straszne z nas zmarzluchy. Jakby jednak nie patrzeć mieliśmy cholerne (przepraszam za słowo, ale wydaje mi się odpowiednie) szczęście z pogodą. Pod koniec niemal jak latem – bezchmurne niebo, ciepłe dni, noce bez mrozu.

Chilijska część Patagonii jest piękna, momentami wręcz nierealnie. Nie ma monotonii. W moim odczuciu im dalej na południe tym piękniej. Mieliśmy niesamowite szczęście spotkać na swojej drodze wspaniałych, inspirujących ludzi. Bez nich ten okres byłby wybrakowany, niekompletny. Dziękuję.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

20140312_carretera_austral-24

Z relacji ludzi dowiedzieliśmy się, że płynął z nami promem. Od strażnika parku, że jest stąd. Poznaliśmy też jego imię – Spot. Niestety sam nie mógł się przedstawić – był niemową, nie potrafił też pisać. Z początku wydawało się, że szuka towarzystwa na chwilę, z czasem zrozumieliśmy, że liczy na ciepły posiłek. W żartach posądzaliśmy go o doping. My na rowerach, on pieszo, zawsze gdzieś przed nami. Nie robił sobie nic z przenikliwego zimna i zacinającego deszczu. Mina mu trochę zrzedła kiedy poczęstowaliśmy go kolacją. Cóż, akurat postanowiliśmy przerobić wszystkie zalegające zapasy. Kiedy my bez kąpieli uciekliśmy do namiotu, gdzie szczękaliśmy z zimna, on brał zimną kąpiel, po czym zasypiał na drewnianym stole. Widać było, że jest tutejszy – nie robiły na nim wrażenia ani majestatyczne alerce – jedne z najstarszych na świecie drzew, ani las spustoszony po wybuchu wulkanu. Żałowaliśmy, że nie może mówić. Wielu potrafi, plecie zupełnie bez sensu, wyrzuca tysiące słów w błoto. On z pewnością opowiedziałby niejedną ciekawą historię. Być może nawet poznał osobiście słynnego Douglasa Tompkinsa, właściciela parku Pumalín, założyciela North Face’a. Myśleliśmy, że kiedy zacznie się fragment z asfaltem, nasze drogi się rozejdą. Nic bardziej mylnego. Coś dziwnego zaczęło się pojawiać w jego zachowaniu, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do miasta. Jak wielu włóczęgów najwyraźniej nie przepadał za skupiskami ludzi. Mimo to, kiedy my suszyliśmy się i odpoczywaliśmy w ciepłym pokoju, on cierpliwie czekał by kontynuować podróż w naszym towarzystwie. Kilkanaście kilometrów za miastem nagle zatrzymał się jadący z naprzeciwka samochód. Okazało się, że kierowca znał Spota, który był wyraźnie niezadowolony ze spotkania. Przebiegł z nami 85 km i chyba miał ochotę na więcej, kiedy nagle przyszło mu wracać.

Oto krótka historia naszego psiego kompana. Nie wiem dokąd dałby z nami radę biec. Być może w jego psim mikroświecie była to wielka wyprawa, być może tylko codzienna rutyna. Podobno często zdarza się, że przyjazne psy biegną przez długi czas za rowerzystami. Od jednej pary usłyszeliśmy o psie bez nogi, który towarzyszył im przez 30 km.

Pierwsza połówka Carretera Austral przebiegała pod znakiem dużego spokoju. Nie będę wdawał się w szczegóły. Nie forsowaliśmy specjalnie tempa. Kiedy zrobiło się naprawdę podle, postanowiliśmy przeczekać jeden dzień. Znalazł się nawet czas żeby „przespacerować” się pod lodowiec. Jak się później okazało były to jedyne odskocznie od pedałowania…

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. 2
  4. 3
  5. 4
  6. 5
  7. 6
  8. 7
  9. 8
  10. 9
  11. 10
  12. ...
  13. 27