IMG_5942

No i wylądowaliśmy w Argentynie. Znak rozpoznawczy – wszędobylskie materos, które co chwila zalewane są gorącą wodą z termosu. Yerba mate jest najpopularniejszym napojem Argentyńczyków. No teraz chociaż tak trochę jestem u siebie. W krajobrazie zmieniło się w zasadzie niewiele – pięknie jest, co tu dużo mówić. Na jednym z postojów udaje się w końcu posiedzieć nad rzeką. Kiedy namierzam stacjonujące w wodzie pstrągi, od razu dostaję gorączki. Ręce mi się trzęsą, biegam jak opętany. W końcu łowię swojego pierwszego solidnego pstrąga, któremu oczywiście zwracam wolność. Teraz jestem u siebie jeszcze bardziej :) Do miasteczka Junín de los Andes docieramy przy pięknym zachodzie Słońca. Jakoś tak spokojnie jest. Mijamy ludzi na koniach, na ścieżkach sporo biegających. Po ulicach gramoli się sporo starych samochodów, co mnie bardzo cieszy, bo jest taki plan…

Znaczna część naszej trasy to tzw. Camino de los Siete Lagos – droga która wije się pomiędzy malowniczymi szczytami i pięknymi jeziorami. Fotograf krajobrazu chyba by się tutaj nie wysypiał. Jeszcze jakiś czas temu spora część nie posiadała asfaltu. Dziś bez nawierzchni pozostał jedynie niewielki fragment. Mimo to ciągłe podjazdy ostro dają w nam kość. Szybki zjazd i mozolne budowanie wysokości. Podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Niemal nie ma płaskich fragmentów.

O Argentyńczykach w zasadzie niewiele. Trochę śmieszny ten ich hiszpański. Nie jest to już na szczęście taki skok, jak przy opuszczaniu Peru :) Wielu Argentyńczyków ma niemieckie korzenie. Coś jest chyba na rzeczy, bo kobiety mają w sobie ewidentnie coś niemieckiego… Jakoś niespecjelnie odczuliśmy tę ich słynną otwartość. Z pewnością kryzys ostatnich lat zrobił swoje. Lecąca na łeb na szyję wartość argentyńskiego peso sprawiła, że przeciętny Argentyńczyk może się czuć nieco sfrustrowany. Walutą narodową mogą płacić tylko u siebie, za granicą nikt przyjmowaniem jej raczej zainteresowany nie będzie. Kwitnie czarnorynkowy handel dolarem amerykańskim. Przy oficjalnym kursie ~8 peso, na ulicy za jednego dolara dostać można 11 peso.

Nie mogę nie wspomnieć o spotykanych rowerzystach, a tych po wkroczeniu do Argentyny jest coraz więcej. Pomimo dużego wysiłku, zawsze jest czas na wymianę spostrzeżeń i dłuższą pogawędkę. Co ciekawe, spotykamy sporo starszych osób. Widok na oko 65 letniego Australijczyka, czy podobnej wiekiem angielskiej pary napawa optymizmem. Wiele jescze przed nami :)

Po raz pierwszy poczułem się chyba rowerzystą. Podjazdy już nie ciążą. Stały się naturalnym elementem drogi. Ola przestała przeklinać. Czasem, kiedy rusza pierwsza, nie jestem w stanie nadążyć. Maja Włoszczowska będzie miała w przyszłości poważną konkurencję ;) Docieramy do San Carlos de Bariloche, które tak wszyscy zachwalali. Ok, może i ładnie, ale ładniej było chyba mimo wszystko po drodze. W peruwiańskiej selwie mieliśmy zwyczaj popalać mapacho. Spore zapasy tytoniu wylądowały w naszych plecakach. Kiedy zaczęła się poważna jazda, postanowiłem porzucić ten bezsensowny nawyk. Na miejscu, po ponad 3 miesiącach odpaliłem pierwszego papierosa. Nie smakował mi… Posmakowały za to podjazdy, których tyle jest na świecie. Pożyjemy, zobaczymy…

Po 2 dniach odpoczynku ponownie wsiadamy na nasze jednoślady. Przyszło wracać po części tą samą trasą (niemal 100 km), bo prom, którym chcieliśmy dobić do innej drogi, okazał się być nie na naszą kieszeń (~850 pln od osoby!). Coś sobie udowadniamy. 85 km do Villa La Angostura pokonujemy przy silnym wietrze w twarz. Skończyły się wakacje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zachmurzyło się niebo, spadła temperatura. Jedyny problem to tylna dętka, która zaczęła pękać jak bramkarze przed Kowalczykiem na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Ostatecznie została zmieniona na nową. Następnego dnia przekraczamy granicę z Chile. Tym razem obyło się bez prześwietlania bagażu, było za to czujne oko i sprawne dłonie strażnika, który sprawdza zawartość każdej z sakw. Jedziemy po świeżo wykończonym asfalcie, trwają jeszcze roboty drogowe. Na poboczach pojawiają się krzewy jeżyn, na Olę co chwila ktoś gwiżdże. Oznaczać to może jedno – znowu jesteśmy po chilijskiej stronie. Pomiędzy jedną a drugą aduana jest prawie 40 km drogi. I właśnie gdzieś na tym „pomiędzy” rozbijamy namiot. Las biały od pyłu wulkanicznego. Brak liści, gdzieniegdzie nieśmiało pojawia się zieleń, jakoś tak upiornie. Ciekawe urozmaicenie. Miasteczka Entre Lagos oraz Las Cascadas, w których nocujemy później, wyglądają na niemal opuszczone. Zamiera turystyka, wraca szara rzeczywistość. I dobrze. Puerto Montt – chwila odpoczynku i w drogę!

FacebookTwitterPinterestGoogle+

W drodze do Argentyny

20140219_w_drodze_z_temuco-7

Nareszcie w drodze! Opuszczamy Temuco i ruszamy w kierunku granicy z Argentyną. Mamy tam trochę do przejechania, przy okazji odnowimy wizy. Pomimo dużego ruchu zieleń i słońce napawają optymizmem. Pobocza obsiane krzewami jeżyn uginającymi się pod naporem dojrzałych owoców. Grzech się nie zatrzymywać. Jedyne co martwi, to ogrodzenia ciągnące się wzdłuż drogi. Druciane płoty towarzyszą nam niemal cały czas, zarówno po chilijskiej jak i po argentyńskiej stronie. Nie ma dostępu do rzek, o rozbijaniu namiotu można zapomnieć. Podobnie sprawa wygląda w parkach narodowych… Nie wiem na ile to działanie państwa, na ile prywatyzacja terenu. Tak czy tak chore. Pierwszą noc udaje nam się jednak spędzić nad wodą. Ktoś pozwolił nam rozbić się za skromne 3000 peso. Obok, na polu namiotowym chcieli 5 razy tyle. Właściciel bardzo zachwalał dostęp do rzeki i możliwość wędkowania. Przez ostatnie lata skutecznie okradał mnie PZW. Wystarczy.
Stawiam pierwsze kroki na typowo górskiej wodzie, coś tam nawet złowiłem, pstrągi póki co nieczułe na moje przynęty.

Docieramy do miasteczka Villarica, następnie Pucon. Oba bajecznie położone – piękne jezioro, w tle ośnieżony wulkan. Bardzo przypominają mi nasze Zakopane. Skojarzenie z polskimi Tatrami i Mazurami pojawiało się zresztą często ostatnimi czasy. Postanawiamy trochę „pospacerować”. Ładnie prezentuje się ten wulkan – niestety jedyna opcja to zorganizowana wycieczka (potrzebny sprzęt i przewodnicy z uprawnieniami, cenowo zbrodnia). Zbiórka o 6.30 rano, co oznacza, że spać trzeba w mieście. Dochodzi do tego, że za ~90 PLN śpimy w hostelowej przyczepie kempingowej… Zimno jak w namiocie, zbrodnia. Podejście na wulkan średnio trudne. Na 2860 m n.p.m. wchodzi się z pułapu ~1400 m. Ruch niemal jak na szlaku na Giewont. Podobno wiele osób kapituluje. Nie wiem, może zimą, kiedy jest więcej śniegu? Choć faktycznie 2 osoby z naszej grupy szybko zostały w tyle i ostatecznie zrezygnowały. Mniej więcej od połowy idzie się w rakach, z czekanem w ręku. Po około 4,5 h jesteśmy na miejscu. Nigdy nie widziałem krateru wulkanu, czynnego w dodatku. Coś pięknego, ciężko to nawet opisać słowami. Co jakiś czas dostaje nam się trującymi wyziewami. Krótki odpoczynek, kilka zdjęć. Uroki zorganizowanej grupy :) No to jazda w dół. Dosłownie, bo z powrotem zjeżdża się na plastikowym „jabłku” (bądź na tyłku, w miejscach gdzie jest dużo lodu) w specjalnie uformowanych rynnach. Nawet Ola, która z początku panikuje, dobrze się bawiła.

Wracamy na drogę. Powoli zaczynają się podjazdy. Kiedy nadarza się okazja, noc spędzamy na tanim, prywatnym polu namiotowym. Właściciel proponuje wypad łódką na ryby. Bez specjalnego targowania schodzi do 1/6 ceny początkowej, po czym w samych slipach nurkuje w lodowatej wodzie w poszukiwaniu przynęty. Na sam widok zimno mi się zrobiło… Miły wieczór, niestety „na pusto”. W nocy ktoś kradnie nam wędkę i pokrywki od menażek… Wracam autobusem do miasta, kupuję najtańszy kijek i w drogę!

Końcówka daje nam do wiwatu. Zaczęły się ostre podjazdy – przejście graniczne znajduje się dobre 800 m wyżej. Na dokładkę skończył się asfalt, zaczęła stroma tarka. Wypluwamy płuca, pcham rower jakieś 100 m, kiedy nie da się już jechać. Jak już się zatrzymujemy, trzeba się trochę namęczyć żeby ruszyć z miejsca. Często kończy się to niekontrolowanym zwrotem w drugą stronę :) Wypracowałem sobie dwustopniową skalę ciężkich podjazdów. Kiedy jest na tyle ciężko, że trzeba się co jakiś czas zatrzymać, w ocenie pomagają pierwsze obroty po ruszeniu z miejsca. 1 – idzie lekko jak po maśle – drobne kłopoty, jakoś się podjedzie. 2 – od razu ciężki opór – no to mamy ********. Dotarliśmy do granicy. Opuszczamy Chile. Na chwilę, bo czeka nas jeszcze crème de la crème chilijskiej części – Carretera Austral.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Miasta nie moje a w nich…

20140211_santiago_de_chile-13

Na wstępie chciałbym napisać, że trochę żałuję, iż nie mieliśmy okazji przyjrzeć się chilijskiemu miastu z bliska. Być może moje obserwacje są przez to nie do końca trafne. Jazda rowerem bardzo dużo zmienia. Cóż… coś za coś. Zostawiam chaotyczny zlepek myśli i spostrzeżeń.

Pierwszym miastem, do którego trafiamy po pustynnej odysei jest Antofagasta. W pamiętniku zanotowałem dosłownie kilka krótkich zdań. Na ulicach sterty śmieci. Uderza widok bezdomnych toczących cały swój dobytek w sklepowych wózkach. Ciężkie historie wypisane na ludzkich twarzach. Nie wiem, być może po prostu w taką część miasta akurat trafiliśmy. W wielu miejscach polityczne hasła nawołują do walki o równość. Wiele z nich przypomina o czasach Allende i potrzebie rozliczenia z przeszłością. Również street-art nie pozostaje obojętny.

Pominę nieistotne fakty związane z 1300-kilometrową podróżą i użeraniem się z obsługą autobusu i od razu przeniosę nas do Valparaíso. Baza chilijskiej marynarki wojennej, ważny port, siedziba parlamentu, miasto wielokrotnie nękane trzęsieniami ziemi. Rozsiane po okolicznych wzgórzach kolorowe domki od razu przypadają nam do gustu. Strome, urokliwe, wąskie uliczki, liczne kawiarenki i sklepiki. Kolorowo nie tylko jeśli chodzi o budynki. Z lokali dobiega muzyka, w porcie produkuje się masa różnej maści artystów ulicznych. Obok jednego z reprezentatywnych placów, przy budynku marynarki wojennej z dumą prężą się żołnierze. 50 metrów dalej pani lekkich obyczajów pomaga podnieść się mocno zachwianemu mężczyźnie, który wylądował w zawartości swojego żołądka. Warto wspomnieć o niedzielnym targu staroci. Ogólnie rzecz biorąc barwnie.

W końcu przychodzi kolej na stolicę. Nie wiem czemu, ale Santiago de Chile od razu skojarzyło nam się z Warszawą. Miejscami podobna architektura, wszechobecne reklamy, zaganiani, dumni santiaguinos. Dużo większy tłok i mimo wszystko ładniej niż u nas. Tutaj bomby spadały tylko raz w historii, w dodatku jedynie na pałac prezydencki La Moneda. Przez brak czasu poznaliśmy jedynie mały fragment Santiago. No dobra przez brak czasu i spotykanych ludzi (a co za tym idzie procenty), bo jakoś tak się złożyło, że w hostelu spaliśmy tylko raz. Tak czy tak zapamiętam Santiago jako miasto wróżbitów i moteli w cenie od 6.900 chilijskich pesos za 3 godziny.

Ekonomicznie Chile ma się naprawdę dobrze. Wzrost gospodarczy, który zaskoczył wszystkich analityków nie oznacza, że wszystkim żyje się łatwo. W miejscach typowo turystycznych na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało cacy. Miejsca takie jak Antofagasta nie kryją społecznych nierówności. Nawet nasi rozmówcy, którym raczej niczego nie brakuje, wspominają o tym, że przepaść pomiędzy biedą a klasą średnią bardzo się ostatnio pogłębiła (o najbogatszych nie ma co nawet wspominać). Świadomość problemu istnieje. Pytanie tylko, czy przy tak wygodnym życiu, dostępie do wszystkich „dóbr” współczesnego świata, chce się nam coś z tym zrobić.

Ludzie coraz częściej zapraszają nas do siebie. Przemykamy przez cudze, poukładane życie. Własna rodzina, dom, czysta pościel, regularna praca. Jeszcze nie teraz. Jutro też nie…

Jedną ze spotkanych osób był Stefan – Belg, który w latach 90-tych zjechał rowerem cały świat. Oprócz zdjęć dzieci, na ścianie wiszą obrazki z tamtego okresu. Mamy szczęście usłyszeć bardzo ciekawe opowieści. Poczułem ogromną potrzebę jazdy. Idealnie się składa, bo Patagonia tuż za progiem. Lasy, góry, rzeki, jeziora. Z dala od miast. Nareszcie.

„No, nareszcie jesteśmy w domu! – tak z ulgą powiedział Lalo. Ściągnął z grzbietu koszulinę, pochylił się, zagarnął wodę wiosłem raz i drugi. Na plecach, pod gładką, na brąz opaloną skórą zagrały mięśnie zwierając się w wysiłku, a niknąc, gdy pióro wiosła zataczało łuk w powietrzu – naprzód. Obejrzał się, pokazał zęby w szerokim uśmiechu. Był szczęśliwy. Ja także.
- Prujemy, Lalo!
- Prujemy!
Co oznaczało to ‚nareszcie w domu?’ Ano, wypłynęliśmy z portu Posadas, pozostawiając za sobą zgiełk dni miejskich ze wszystkimi serdecznościami i przyjęciami, z nastrojem przyjacielskim i rodzinnym, tę przerwę cywilizacyjną w naszej przygodzie. Znów byliśmy na Wielkiej Rzece. Sami, zdani tylko na siebie. Szczęśliwi.”

Wiktor Ostrowski, „Życie Wielkiej Rzeki”

FacebookTwitterPinterestGoogle+
  1. Strona:
  2. 1
  3. ...
  4. 5
  5. 6
  6. 7
  7. 8
  8. 9
  9. 10
  10. 11
  11. ...
  12. 27