20131207_valle_sagrada-36

Za namową naszego gospodarza zmieniamy nieco trasę. Okazuje się, że jej skrócenie przypłacamy wspinaczką po pieszym szlaku z rowerami przy boku. Z nieba zaczyna siąpić deszcz, z ust Oli znowu lecą gromy. Salinas de Maras, jedna z największych atrakcji regionu, jest miejscem, w których od setek lat pozyskuje się sól. Szereg tarasów pokryty jest małymi zbiornikami, do których systemem kanalików doprowadza się słoną wodę. Kiedy zbiornik jest pełny, dopływ wody zostaje odcięty, po odparowaniu pozostaje sól. Od Salineras da się już jako tako jechać, jednak cały czas jest ostro pod górkę. Coraz częściej mijamy pola, z których pasterze, o kolorze skóry uprawianej przez nich ziemi, spędzają swoją trzodę. Trasę, którą pokonujemy rowerami, każdego dnia muszą przemierzać pieszo. Ruszają wcześnie rano, wracają o zmroku. Ola dziwi się, że jestem jeszcze w stanie sięgać po aparat. Ciężko tego nie robić, kiedy wokół tak pięknie. Pod koniec dnia spotykamy mężczyznę wracającego pieszo z pracy do Urubamby (drogą ponad 20 km). Znoszone, brudne ubranie, stare sandały, kapelusz, niewielki worek na plecach. Stan posiadania, podobnie jak wielu innych ludzi mijanych po drodze, zredukowany do niezbędnego minimum. Zastanawiam się, czy będzie maszerował w nocy, jeśli nie, to gdzie będzie spał. Ciężki żywot. Mimo to mężczyzna śmieje się, nie narzeka… Pokonaliśmy jedynie 20 km, do Maras docieramy jednak skrajnie wyczerpani. Na ulicach prawie pusto. Co jakiś czas przebiega jakiś dzieciak krzycząc „gringo, gringo”. W sąsiedniej uliczce ktoś pogania krowy i świnie. Coraz częściej docierają do naszych uszu słowa w niezrozumiałym quechua.

Najpierw były góry, a w nich śpiew ptaków i szum potoków wśród skał. Potem odgłosy te zaczęli naśladować ludzie. Taki był początek języka Runa Simi – Ust Człowieka, w którym do dziś przeżył głos pierwotnej przyrody. Który przede wszystkim służy do opisu gór: ma 416 określeń na oddanie koloru skały w słońcu, blisko 100 na rozróżnienie chropowatości mokrego kamienia.

Tak naprawdę język ten nazywa się Runa Simi – Usta Człowieka i tylko przez nieporozumienie nazwany został jak wysokogórska strefa klimatyczna. [...] To język onomatopeja. Jak mowa wiatru i szmer kamieni osuwających się stromiznami. [...] W słowach tych jest temperatura podniebnych przestrzeni i kolor gór, któremu nie jest w stanie sprostać żadna paleta.[...] Są też w języku tym słowa – u mieszkańca sierry natychmiast wywołują uśmiech zrozumienia – dla obcego nieprzetłumaczalne, wzbudzające zdziwienie: illarichiy – odbijać, lśnić, lecz tylko w ten jeden i niepowtarzalny sposób; mumuy – nie tylko kiełkować, ale i przekraczać granicę kiełku; phachiriy – to otwieranie się kwiatu, a jednocześnie dźwięk rozkwitania, stopniowe napełnianie się kolorów; rojyay – odgłos żabich krtani, odgłos wody przepływającej w strumieniu…

Roman Warszewski, „Pokażcie mi brzuch terrorystki”, „Skrzydlaci ludzie z Nazca”

Nie mamy już siły na szukanie miejsca na rozbicie namiotu, szybko znajdujemy mały hostelik. W grudniu spały tu aż 2 osoby. Kolacja i spać.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current day month ye@r *