20131207_valle_sagrada-47

Z rana zostawiamy bagaże i jedziemy obejrzeć kolejną atrakcję regionu – stanowisko archeologiczne Moray. Ponieważ Inkowie nie znali pisma, współczesna wiedza na temat wielu pozostałości po ich wspaniałym imperium jest zbiorem teorii i domysłów. Nie inaczej jest w przypadku Moray, które jest zespołem tarasów wybudowanych w 3 zagłębieniach. Podobno ze względu na różne nasłonecznienie i osłonięcie przed wiatrem poszczególnych poziomów, różnica średnich temperatur sięga 15°C. Pozwala to przypuszczać, że Inkowie wykorzystywali tarasy jako laboratorium doświadczalne dla swoich upraw. Przypuszczenia przypuszczeniami a pedałować trzeba dalej.

Po obiedzie ruszamy w kierunku Cusco. W mojej kondycji następuje przełom. Pomimo sporego nachylenia jedzie mi się dobrze. Ola dzielnie walczy żeby nie schodzić z roweru i ostatecznie przejeżdżamy dużo dalej, niż było pierwotnie w planach. Dzięki uprzejmości przydrożnych sprzedawców rękodzieła namiot rozbijamy pod daszkiem, na tarasie z pięknym widokiem :) Pomimo tego, że sprzedają swoje towary turystom, nie chcą od nas pieniędzy. Miłe. Kiedy orientujemy się, że nie mamy już zapałek i nie ma jak odpalić palnika, odwiedzam pobliską chatkę. Brak okien, ciemno, palenisko, kilka naczyń. Strasznie biednie. Oczywiście nie ma problemu z uzyskaniem pomocy.

Aż trudno uwierzyć, że w latach 80-tych i 90-tych działy się tutaj straszne rzeczy. Górskie tereny były głównym polem działań Świetlistego Szlaku – najbardziej radykalnej partyzantki Ameryki Łacińskiej. Masakry dokonywane przez partyzantów, jak również przez walczące z nimi państwo, bardzo często dotykały niewinnych ludzi. Znajdujący się pomiędzy młotem i kowadłem biedni mieszkańcy gór często sami dopuszczali się niezwykłych okrucieństw. Spirala przemocy zaczęła tracić swoją moc wraz ze schwytaniem w 1992 roku głównego przywódcy Sendero Luminoso – Abimaela Guzmána. Działalność rebeliantów trwa jednak do dnia dzisiejszego.

W wojnie z partyzantami wojsko i policja próbują pozyskać do współpracy wieśniaków. Nawet w najbardziej odludnych i odległych okolicach. Nawet w Uchuraccay. Także tam, gdzie dolecieć można tylko helikopterem. Umundurowani strażnicy porządku odwiedzają wioski dwa, trzy razy w roku. Każą zabijać. Zabijać i obcinać palce. Korzystają z faktu, że w języku tubylców ‚obcy’ i ‚diabeł’ są synonimami; że obcinania kciuka przeciwnika wymaga tubylczy odwieczny rytuał. Gdy nadlatują – pytają o palce terrorystów, liczą obcięte kikuty. Zabierają je do helikoptera i są one następnie komisyjnie palone. By Indianie nie wymieniali ich między sobą, by dwukrotnie nie zgłaszali się po nagrodę. Bo – gdy palców jest dużo – ci, którzy przylatują helikopterami, nie kryją swego zadowolenia: rozdają koce z wiskozowego włókna z metką made in Hongkong, noże, widelce i długopisy, których potem nikt nie używa. Gdy jest ich zbyt mało – kiwają głowami. Na pytania Indian, kogo właściwie mają zabijać, by obcinać palce i w zamian dostać koce, pada odpowiedź:
- Obcych, którzy przychodzą pieszo.

[...] Po raz drugi dziennikarze umierają, gdy wieśniacy łamią im nogi: żeby, choć martwi, już nigdy nie mogli powrócić do Uchuraccay. Po raz trzeci – gdy rolniczymi narzędziami okaleczają im genitalia: żeby nawet w zaświatach nie mogli mieć potomków. Po raz czwarty – gdy pochylone nad ciałami postacie ucinają im po jednym palcu u dłoni: by móc złożyć je w ofierze bóstwom górskich dolin i wyschniętych potoków. Po raz piąty – gdy w usta nakładają im żwir i kamienie, a wargi zaszywają nićmi z lamich ścięgien, żeby zabici już nigdy nie mogli przemówić. Po raz szósty, ostatni – gdy masakrują ich twarze, drzewcami pik przebijają serca, oczy wykłuwają rogami drewnianych półksiężyców: żeby pogrążyć ich w wiecznej ciemności, by zabici nigdy już nie mogli poznać twarzy swych oprawców. Potem wszystko jest już gotowe, by ciała ułożone twarzą do ziemi przysypać bardzo grubą warstwą górskiego kamienia.

[...] – Wiatr był z południa – powie później dziennikarzom wieśniak Wallpata. – Im bliżej zachodu, tym Tayta Inti miał opończę z coraz bardziej gęstej purpury. Mogło to oznaczać napuchnięty brzuch muła, który zjadł zbyt wiele wilgotnej trawy lub dużo, dużo ludzkiej krwi.
W tej samej chwili, gdy dziennikarze zatrzymują się na placu, w ruch idą drewniane motyki. ‚Wiatr był z południa’: wiatr dobry do zabijania.

Roman Warszewski, „Pokażcie mi brzuch terrorystki”

Ostatniego dnia wita nas deszcz. Całe szczęście spaliśmy pod daszkiem i nie trzeba suszyć namiotu. Zresztą nie byłoby jak, bo pada kilka godzin. Mniej więcej w połowie drogi wypogadza się i zaczyna prażyć słońce. Trwa moja dobra passa, organizm chyba przyzwyczaił się do ostrego wysiłku. Końcówka to ponownie ostre podjazdy i Ola znów wychodzi z siebie. „-P****** takie wycieczki. Z górki miało być!” Miało być, ale nie było. Dotarliśmy. Szczęśliwi.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current day month ye@r *