Torres del Paine – królestwo myszy

20140421_torres_del_paine-40

Tak jak Chilijczycy toczą z Argentyńczykami niepisaną wojnę na wielu płaszczyznach (tudzież pisaną jak choćby w przypadku granicy przebiegającej przez lądolód w Patagonii), tak wieże Paine walczą z Fitz Royem o miano największej atrakcji na trekkingowej mapie kontynentu. Analogii jest sporo. Park Narodowy Torres del Paine jest jednym z największych i najczęściej odwiedzanych parków w Chile. Cudowne góry, liczne lodowce, jeziora. Z punktu widzenia maszerującego na tym kończą się podobieństwa.

Trekking w masywie Torres del Paine okazał się być dużo bardziej wymagający niż w przypadku jego argentyńskiego rywala. Zarówno dla organizmu jak i dla kieszeni. Szlaki zaczynają się w znacznej odległości od miast i jeśli nie ma się góry pieniędzy, w plecakach ląduje góra jedzenia, namiot, śpiwór i cała reszta sprzętu do biwakowania. Prawdziwą zmorą są myszy. Jedzą wszystko – od produktów organicznych po włókna nylonowe. Na nic się zdało wieszanie jedzenia poza namiotem. Drugiej nocy obudziło mnie charakterystyczne chrupanie. W powłoce namiotu pojawiły się kolejne dziury… To nic, inni tracili maty samopompujące i prowiant (jedna dziewczyna 2 noce z rzędu). Dziurę można zakleić, jak się nie ma na czym spać, albo czego jeść, trzeba już płacić. A płaci się słono. Autobus – 12.000 CLP, wejściówka 18.000 CLP, pole namiotowe 4.800 – 6.000 CLP od osoby (na szczęście są też darmowe). Spać można również w refugios, ale o cenach lepiej nie wspominać. Na naszej drodze spotykaliśmy wielu podróżników, którzy zastanawiali się czy warto. Według nas jak najbardziej.

Pierwszego dnia spod budynku administracji maszerujemy do Campamento Paine Grande, dzięki czemu nie musimy płacić kolejnych 12.000 CLP za prom. W 2005 i 2012 roku pożary strawiły ogromne połacie parku, przez co roślinność w wielu miejscach jest bardzo uboga. Jedną z konsekwencji było zachwianie równowagi w świecie fauny, co z kolei doprowadziło do wzrostu populacji gryzoni. Mimo wszystko, zamiast grzać tyłek na promie, warto było maszerować 5 godzin. Choć przez większość czasu jest płasko, docieramy porządnie zmęczeni. Szybko doszliśmy do wniosku, że jesteśmy chorzy na głowę. Podczas, gdy wszyscy jedzą żywność liofilizowaną, suchary, musli z mlekiem w proszku – ogólnie rzecz biorąc żywność mocno skompresowaną, my taszczymy w plecakach kilogram awokado, 1,5 kg jabłek, pomidory, kilogram kapusty kiszonej (która w dodatku okazała się nie być kiszoną a jedynie gotowaną), musztardę, majonez, masę pieczywa… Wypożyczony plecak wyrył mi dziurę w plecach, a prezent od Oli w postaci ciepłych wkładek do butów dziury w stopach. Zaczęliśmy jak zawsze od samobiczowania :) W nocy wiatr targa wściekle naszym namiotem i odpoczynkiem. Jak się później okazało była to jedyna wietrzna noc. W sumie szkoda, bo drugiej nocy, kiedy natura przycichłą, przyszło nam słuchać krzyków porządnie wstawionej gawiedzi. Nie mam nic przeciwko zabawie, ale jak mi ktoś drze papę o 3 w nocy to mam już poważne zastrzeżenia… Nie wytrzymałem -rzucam mięsem w ojczystym języku. Poskutkowało, choć mogli zrozumieć jedynie fragment o zakrętach.

Drugiego dnia zaczynamy „trasę W”, na którą trzeba poświęcić 3-5 dni. Podobno są i tacy, którzy są w stanie pokonać wszystko w ciągu 2 dni, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Drugiego dnia maszerujemy pod lodowiec Grey (około 7 godzin marszu w obie strony, na szczęście bez całego bagażu). Dzień trzeci to „przeprowadzka” na Campamento Italiano i wizyta na Mirador del Valle Francés. Teoretycznie dalsza trasa do Mirador Británico jest zamknięta, jednak spokojnie można iść dalej. Nam nie starczyło już czasu, ochoty chyba zresztą też. Wystarczyło za to piękna – z jednej strony lodowiec Francés z osuwającym się z hukiem śniegiem, z drugiej pięknie oświetlone Cuernos del Paine. Najbardziej wymagający okazał się być przedostatni dzień. Ruszamy o 10.20, na miejscu jesteśmy grubo po 18. Sporo podejść, cały czas z plecakiem. Nie ma to tamto, ostatniego dnia pobudka o 6. Podejście pod Mirador de Las Torres jest dobrym podsumowaniem całego wypadu. Maszerując po ciemku gubimy właściwą ścieżkę i zamiast okrążyć strome kamieniste wzniesienie, wdrapujemy się na sam szczyt. Ola przeklina co chwila osobę, która oznakowała szlak (podejrzewam, że przeplata to błagalną modlitwą :)). Z jednej strony obłędny, krwistoczerwony wschód Słońca, z drugiej dumne, majestatyczne wieże Paine. Moja wina, że ktoś dał ciała przy stawianiu pomarańczowych słupków?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że całościowo był to dla nas łatwy wypad. Poza kilkoma odcinkami, kiedy jest dosyć stromo, trasa jest w miarę łatwa, jednak odległości i ciężar niesiony na plecach wyżęły nas dosyć porządnie. Ponownie mieliśmy szczęście z pogodą, bajeczne kolory, turystów dużo mniej. W sezonie podobno wszystko pęka w szwach (mają wprowadzić dzienne limity).

Póki co to chyba tyle, jeśli chodzi o flagowe atrakcje Chile i Argentyny. Co dalej? Nie wiemy. Miała być Ushuaia, jednak przy obecnych temperaturach trzeba się porządnie zastanowić. Coraz częściej witają nas poranki jak te z ostatnich zdjęć w galerii. Chyba nie warto przemknąć, po to tylko żeby odhaczyć. Może innym razem? A może jednak się na to porwiemy? Czas pokaże.

FacebookTwitterPinterestGoogle+

1 komentarz przy “Torres del Paine – królestwo myszy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Current day month ye@r *